wtorek, 13 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu - dzień trzeci

Parnu - Viitasaari, 14 godzin, 500 km

Dziś głownym punktem programu był prom. Ponieważ nie chcieliśmy się na niego spóźnić, drogę z campingu do Tallina pokonał Kura - jedyny w towarzystwie, któremu nie trzęsły się ręce. Chyba zyska ksywkę chirurg. Na prom wpuścili nas prawie jako ostatnich, pewnie z uwagi na spore zagrożenie, jakie stanowi Pieszczoch. Jakby co to będzie blisko za burtę.   

Siedzimy właśnie na open decku i kontemplujemy przestępstwo, które popełnił Kura w Tallinie. A było tak: trochę się spieszyliśmy na ten prom a synchronizacja świateł tu w Estonii pozostawia trochę do życzenia. No i te hamulce... Do ideału trochę im brakuje. W związku z powyższym Kurak się zagalopował i przejechał raz na... późnym zielonym.  Jednak jako kuty na 2 kurze stopki recydywista stwierdził, że nic się nie stało i że nikt nic nie widział. Ale był w błędzie. Śledzący nas przez internet Michał - uczestnik zeszłorocznej edycji dzięki zamontowanemu na pokładzie systemowi gps wiedział gdzie jesteśmy. Włączył więc sobie stronę z miejskim monitoringiem i dokładnie widział jak jechaliśmy. 

Co więcej. W kluczowym momencie zrobił print screena i po chwili wszyscy nasi znajomi na facebooku widzieli, jak to Kura dziarsko pomyka przez miasto. Inna sprawa jest taka, że wspomniany wyżej Michał najwyraźniej ma jakąś obsesję na naszym punkcie. Musiał się biedak w zeszłym roku zakochać w Kurze lub Oczatorze. I śledzi nas permanentnie. Podjechaliśmy sobie na stację, obok której był Fastfood (wspominałem już o zdrowym żywieniu?) i sklep. Zatankowaliśmy, zjedliśmy co nieco i dokupiliśmy brakujący prowiant (w półlitrowych aluminiowych puszkach, bo innego jeszcze nie ubyło). I dostaliśmy 3 smsy z pytaniem co tanujemy, czemu znów jemy i ile kupujemy piwa. Okropność. Jak wszedłem do promowej ubikacji to zacząłem się nerwowo rozglądać za kamerkami. Przez tego Michała to czuję się inwigilowany i obnażony. Aaaaa!!

Nudy na tym promie. Chłopaki zaczęli oddawać się sportowi narodowemu. Pierwsze piwa przyniosła Ola - jej jako jedynej trzeźwej ktoś coś sprzeda. Po kolejną partię wybrał się Kurak. Na odchodnym pyta Olę, gdzie znajdzie punkt strategiczny z napojami. Ola zaczyna tłumaczyć gdzie skręcić i na który zejść pokład. Na to odzywa się Oczator: Spokooojnie, Kura zawsze znajduje piwo. Jak świnia trufle. No i znów się czegoś dowiedziałem. Kura chyba musi lubieć browar...

W Helsinkach odebraliśmy Wojtka - brakujące ogniwo naszej drużyny. Ten miły chłopiec przywitał nas zgrzewką piwa i puszką ananasów. Właściwe prezenty jak na taką wyprawę. Kurak tak się ucieszył z widoku Wojtasa, że przesadził z komponowaniem dwuskładnikowych mieszanek płynnych. Efekt był mizerny, pieczołowicie układane panele kleją się niemiłosiernie od Coli a Kurak padł niczym Janek Wiśniewski i znów próbuje (skutecznie) zagłuszyć silnik. Na ostatnie 100 km stery przejął Wojtas i prujemy właśnie do campingu, na którym szykuje się kolejna integracja - tym razem z Wojtkiem. Dobrze, że ja swoją wahtę u steru odbębniłem i jutro mam wolne. Sądząc po reakcjach Oczatora i Kuraka na widok Wojtka oraz entuzjazmu Wojtka na widok nasz, obawiam się bardzo tego wieczoru...

Jeden jedyny Pieszczoch pruje bez zająknięcia i wydaje się być na te wszystkie trudy obojeętny. Powiedzenie "stary ale jary" ma tu stuprocentyowe zastosowanie. I wiecie co?  Łukasz z racji swojej profesji zmontował nam pieszczochowy hotspot. Siedzę więc i sprawdzam pocztę i tak sobie myślę, że nasza fura to chyba jedyny na świecie Źuk z wifi na pokładzie. Abstrakcja na tym wyjeździe goni abstrakcję!   Największa niespodzianka czekała na nas wieczorem. Po dojechaniu na camping okazało się, że przybyła wcześniej grupa musiała trochę narozrabiać w związku z powyższym pole namiotowe zostało zamknięte. Pozostawieni bez miejsca do spania wraz z dwoma (chyba) towarzyszącymi nas furami (Fiat i Poldek) rozbiliśmy się na dziko na zlokalizowanym nieopodal parkingu. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po kilku piwach okazało się, że dołączyło do nas więcej "odtrąconych" załóg i gdzieś koło 1 w nocy samochodów było już kilkanaście! Integracji opisywał nie będę, wspomnę jedynie, że Oczator w bohaterskim stylu pomógł naprawić jednego z żuków, czym zyskał sobie aplauz okolicznych niewiast. Nota bene sam muszę stwierdzić, że dawno nie widziałem tak spójnie myślącego pijanego człowieka. Szkoda tylko, że sukces Oczatora został zauważony przez nielicznych. Ja twierdzę, że ten człowiek zamienia w złoto wszystko, czego się chwyci i szkoda to przegapiać. Poszliśmy spać nad ranem szczęśliwi jak to tylko można sobie wyobrazić. Tylko jedna z załóg, która rozbiła się przypadkiem koło namiotu Kuraka, do wczesnego przedpołudnia walczyła z jego chrapaniem. 

W desperacji w chwili skrajnego wyczerpania spuścili mu nawet powietrze z materaca. Niestety nie pomogło. A rano (koło 12) ruszyliśmy dalej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz