poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu. Dzień szósty, siódmy, ósmy - kumulacja

Nordkapp - Nordkjosbotn, ok. 500 km, ok. 12 godzin.

Dziś dzień zaczął się w sposób wyjątkowy i nie mam na myśli pięknej słonecznej pogody. Po pierwsze od rana Łukasz zwraca się do Pawła (tak, Kura ma imię) z należytym szacunkiem i spełnia wszystkie jego polecenia. Po drugie w Pieszczochu pojawiła się pewna niepokojąc usterka, A mianowicie uszkodziła się śruba spinająca ze sobą pióra tylnego wahacza. Nie wyglądało to najlepiej, ale po konsultacjach z bazą w Polsce postanowiliśmy śrubę do spinającej pióra obejmy przyspawać. Ponieważ spawarka oczywiście była pod ręką, po kilku minutach ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejny cel to miejscowość A na Lofotach - najpiękniejsze miejsce na ziemi...   I tu niestety następuje niemiła niespodzianka. Jak już skończyłem opisywać niniejszy dzień, padł mi k... z niewiadomych przyczyn tablet. Zwiesił się k... tak, że dopiero nasz nadworny informatyk oczator przywrócił go do życia po dniu walki. Niestety straciłem cały dotychczasowy dorobek, w tym resztę z dnia szóstego.

Z kronikarskiego obowiązku nadmienię jedynie, że dotarliśmy do miescowości Nordkjosbotn i rozłożyliśmy się na przydrożnym parkingu. Aha, no i Oczator praaawie do samego wieczora dał radę pozostawić w spokoju Pawła. Tylko humory coś siadły, zapewnie z powodu przemęczenia trasą. Czekamy na dzień odpoczynku w A.   I jeszcze jedno - Kura zdradził mi w tajemnicy, że Bober jest niepiśmienna. Ciekaw jestem skąd to wywnioskował...

Kronika wyjazdu, dzień siódmy.

Nordkjosbotn - A, ok. 12 godzin, ok. 500 km.

Z uwagi na kronikarskie (nie, nie mylcie rozwojowym) zapóźnienie skrócę wpis do kilku zaledwie zdań. Po pierwsze i najważniejsze dotarliśmy do A bez większych problemów. Co prawda zauważyliśmy, że odpadły nity mocujące w alternatorze, ale niezbyt się tym przejęliśmy. Na parkingu przy polu namiotowym Oczator i Wojtas wzięli prysznic z naszego przenośnego szałera robiąc przy tym trochę zamieszania. Zjedliśmy pyyyszny makaron ugotowany przez Bevera i wypiliśmy po kilka piw. Potem wszyscy poszli spać a ja zgodnie z tradycją zasiadłem z aparatem i czekałem na wschód słońca. A doczekałem się przepięknej miejscami podwójnej tęczy.

Kronika wyjazdu. Dzień ósmy. A - Bodo. Ok. 20 km, 1 godzina.

Rano obudził nas deszcz. Mieliśmy niby zostać w A jeden dzień i spędzić go na zwiedzaniu, górskich wycieczkach i drobnych naprawach przy aucie (Oczator i Kurak chcieli wymienić ten alternator bez nitów), ale z uwagi na aurę postanowiliśmy uciekać na stary ląd. Ponieważ prom mieliśmy dopiero o 19:30 (na ten o 14:00 zaspaliśmy), ja poszedłem na obchód miejsowości i powspominać stare dobre czasy, reszta kręciła się trochę przy Pieszczochu i trochę przy centrum A. Na promie zjawiliśmy się nawet przed czasem i za jedyne 1300 NOK i 4 godziny byliśmy w Bodo.   Z punktu widzenia mając na uwadze fakt, że Marcin drogą kupna nabył ze 2 kilo łososia i wieloryba (aaaaa!!!), zajechaliśmy na najbliższy camping, żeby to wszystko ugrillować. Okazało się, że w recepcji jest Polak (chyba we wszystkich tu recepcjach można spotkać krajana lub krajankę, czasem nawet bardzo ciekawe osoby), który tak się ucieszył na nasz widok oraz na widok Pieszczocha, że za zupełną darmochę udostępnił nam 2 domki. Naprawdę miły gest zważywszy na fakt, że trochę chłopina ryzykował.   Umyci zasiedliśmy do grillowania a po chwili pojawił się Dawid ze swoim talerzykiem i wielką paczką wędzonego łososia. Gadaliśmy do 3 nad ranem podziwiając naszą furę i słuchając opowieści człowieka, który od 6 lat mieszka i pracuje tu w Norge. Żeby tradycji stało się zadość, wziąłem od niego mailowy adres - chętnie dowiem się czegoś więcej na temat codziennego życia powyżej koła polarnego.   Niezbyt zmęczeni oraz bardzo szczęśliwi z warunków życiowych, z pełnymi brzuchami udaliśmy się na spoczynek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz