sobota, 17 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu. Dzień piąty

Sodankyla - Nordkapp, 11 godzin, 560 km

Jak to powiedział jeden z moich znajomych (podnosząc głowę znad muszli klozetowej) "jest ekstra. ekstra jest". W dodatku jest 11:30 a my mamy za sobą już 60 km! A do mety jakieś 500. Tak tak, wczoraj pomimo nocnych dyskusji do białego rana udało się nam w miarę pozbierać, spakować i ruszyć o jakiejś w miarę przyzwoitej godzinie. Co więcej, udało się nawet posprzątać trochę w Pieszczochu i teraz jazdę można by nawet nazwać przyjemną!   Pogoda dopisuje, humory również. Za to ja odnoszę niejasne wrażenie, że coś ze mną jest nie tak. Środek Finlandii, prawie granica z Norwegią a ja przed sobą widzę podmiejskiego Autosana na warszawskich blachach. Halucynacje mam czy co? Jedziemy zresztą kawalkadą kilku aut. Życie socjalne na CB kwitnie w najlepsze. Ech ten Złombol to jest impreza fantastyczna. Zupełna odwrotność salmiaków... 

Dziś liderem, i to niekwestionowanym, jest Kurak. Odespał przedwczorajsze libacje i dziarsko trzyma pieszczochowe stery. Wala Wala który nigdy nie śpi, czuwa na całego w pozycji standby. Ledwie zdążyłem przechwycić otwartą puszkę piwa, która wypadła mu była z rąsi. Ola także przycichła, ale prowadzi baczną obserwację otoczenia. Oczator powoooli wraca na naszą orbitę, ale zachowuje przytomność umysłu i via CB chwali się wszystkim dookoła swoim osiągnięciem jakim jest profesjonalna bezprzewodowa sieć na pokładzie naszej fury. Kurak, jak już się rzekło, prowadzi. Jednocześnie jako kapitan wyprawy próbuje być surowy i władczy. Ale nad tym jeszcze trzeba mu będzie popracować.

Po drodze spotkaliśmy renifera. Stał spokojnie przy drodze tak jakby na nas czekał. Zatrzymaliśmy się z piskiem opon (hahaha) i udało mi się podejść i cyknąć mu kilka fotek. No i ruszyliśmy dalej. Również z piskiem opon!   Pędzimy. 17:15, do granicy dosłownie kilka km. Wojtek ewidentnie przejął rolę Kury i śpi w najlepsze. Wstał tylko na chwilę gdy zatrzymaliśmy się na szybki obiad. Wyciągnął przygotowanego przez siebie jeszcze w domu szczupaka (może nie wygląda ale gotować nawet chłop umie) i położył go na stoliku.  Ola skojarzyła rybę i jezioro, nad którym akurat siedzieliśmy i pyta czy może wyciągnąć wędkę. Na co Wojtek: Przecież drugi raz tej ryby nie złowisz. Nota bene gotowaliśmy wodę na kuchence gazowej Kuraka na chińskie zupki. Jednak z uwagi na jakość gazu szło to mizernie. A skończyło się tak, że Łukasz swoją zupkę zjadł na prawie zimno, Kurak na letnio a ja i Ola na ciepło.

Na granicy spotkaliśmy zaprzyjaźnionego z nami Poldka i Fiata. Pożyczyliśmy im szlifierkę kontową (pamiątka rodzinna Kuraka, płakał jak się z nią rozstawał) i ruszyliśmy na Nordkapp.   W Norwegii z tymi reniferami jest jak z piwem na Złombolu. Po piątym stadzie stały się dla mnie powszednie. Niemniej jednak to śliczne zwierzaki i za każdym razem bacznie im się przyglądamy.

Ponieważ dopisywała zarówno pogoda jak i humory, pędziliśmy do mety jakby nas sam diabeł gonił. Nie my jedni. Wszystkim spieszyło się do mety i na poboczach nie było widać praktycznie nikogo. Zatrzymaliśmy się tylko na ostatnie przednordkappowe tankowanie, a wiadomo, że jak tankowanie to i kibelek. Wchodzę, a tam 2 muszle - jedna normalna, a druga tak ze 2 razy mniejsza, pewnie dla dzieci. Po mnie wszedł Kurak, a na końcu poszedł Łukasz. Stoimy przed samochodem i czekamy na niego, gdy nagle odzywa się Kura: Byliście w kiblu i widzieliście te 2 muszle. Możemy się więc założyć, że Łukasz wali do tego małego. Ciekawość zwyciężyła napewno. Chłopaki muszą się jednak świetnie znać... 

Na mecie - czyli campingu oddalonym o 20 km od Nordkappu zjawiliśmy się ok 22:00. Sporo ekip już było, ale udało się chyba zmieścić w środku stawki. Jak na fakt, że Pieszczoch musiał się mierzyć z Polonezami, Fiatami i Ładami to naprawdę niezły wyczyn. Po krótkim rekonesansie ruszyliśmy na sam koniec przylądka a o 12 w nocy (choć nocy toto nie przypominało) porobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia i otworzyliśmy małe conieco. Pogratulowaliśmy sobie wyczynu i wypiliśmy za naszych darczyńców, czyli firmy Barbaras, Bajkowy Kuferek, Draait Auto, oraz Foto - Gala. Bez nich ten wyjazd straciłby swój sens. Dziękujemy Wam bardzo i prosimy o jeszcze. Tak na przyszły rok. A po krótkim zakupowym szale wróciliśmy na camping. Z uwagi na fakt, że miałem jeszcze swoje dodatkowe powody, za które musiałem na przylądku wypić, droga powrotna gdzieś mi kurcze umknęła. Ale któżby takie drobiazgi pamiętał...   Świętowanie trwało do białego rana, czyli gdzieś tak do godziny 7. Był szampan i inne trunki, muzyka wprost z wypasionego systemu audio w Autosanie a ludzie tańczyli i chodzili po okolicznych pagórkach. Jedną z tych osób był nasz przyjaciel Kura, który postanowił się tam wybrać w końcowym stadium swojej mobilności. I wiecie że dotarł na górę? Łukasz tak się zdziwił, że obiecał wszytkim obecnym bezwzględnie podporządkowanie i zero złośliwości pod adresem Kuraka w dniu następnym. Ja, jak zobaczyłem to całe widowisko stwierdziłem, że najwyraźniej mam już na dzisiaj dosyć i poszedłem spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz