wtorek, 20 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu. Dzień dziesiąty

Korgen - Trondheim, 500 km, 10 godzin.

Wczorajszy wieczór zakończył się miłym akcentem. Jeden tubylec w zamian za pyszneeego papierocha Wojtasa oddał nam trochę swojego samogonu. Mocny był jak fiks i Kura nie chciał go pić z uwagi na prawdopodobieństwo utraty wzroku, ale jakoś daliśmy radę. W końcu to Złombol jest a nie parafialna oaza. Tu nikt nie jest dla przyjemności.   Ruszyliśmy do Trondheim. Co prawda mamy dziś drugi dzień pogody tak zwanej ustabilizowanej (pierwszy dzień był w A) ale nas to średnio boli, bo i tak mamy cały dzień w aucie.   Jest tylko jeden mały problem. Z tyłu samochodu zaczęło śmierdzieć. Na początku podejrzewaliśmy Wojtasa (któżby był na tyle odważny, żeby rzucić oszczerstwo pod moim adresem - zaraz bym go tu obsmarował) bo owe "zapachy"przywodziły na myśl spaloną siarkę lub zapałkę. I to by akurat pasowało bardzo. Wszyscy wiedzą, że Wojtas pochodzi w prostej linii od diabła Boruty i takie zapachy piekielne to nic nowego. Potem jednak stwierdziliśmy, że to chyba spaliny i zatrzymaliśmy się w celach rozpoznawczych. Wymieniliśmy świece i jedziemy dalej. Chyba jest lepiej.  

Ola po tych przejściach zrobiła się wesoła. Śmieje się nie wiadomo z czego i dogaduje Oczatorowi. Poirytowany Oczator mówi, że chyba Oli ta siarka służy. Na co Kurak dorzuca błyskotliwie: "Jak zresztą wszystkim smokom". No cóż, wiem że w czasach średniowiecznych bobry uważane były za ryby, ale żeby za smoki? W ogóle w drodze do celu atmosfera zrobiła się imprezowa. DJ Bober puszczał Złombolowe szlagiery wysokich lotów (Disko Partizani Shantela i Buraki Kabanosa), Wojtas wykazał się talentem perkusity i przygrywał na garnkach i kubkach (całkiem kurde sprawnie - podejrzewam go o to, że faktycznie grał dziad kiedyś w jakiejś kapeli tylko się przyznać do błędów młodości nie chce), Kura pilnował, żebyśmy nie roznieśli auta a ja kierowałem. Oczator... "miał na to wszystko wy...ebane".

   Do Trondheim dotarliśmy nader sprawnie tuż przed godziną 20:00. Ponieważ pogoda się poprawiła, zaliczyliśmy szybki POM (powolny obchód miasta) ze szczególnym uwzględnieniem starego mostu zwodzonego, katedry Nidoras i starówki. Zahaczyliśmy również mimochodem o restaurację "Pod Złotymi Łukami" znaną ze zdrowych potraw. Ola była wniebowzięta.  

Jednak przechadzając się ulicami pierwsze co rzuciło się nam w oczy to ogromne ilości niezbyt trzeźwych młodych ludzi szalejących po ulicach. Byli TACY, którzy wskakiwali Kurze na plecy i kazali się nosić oraz TAKIE, które grzecznie z uśmiechem na ustach prosiły mnie o zrobienie im zdjęcia. Podczas krótkiej pogawędki okazało się, że to studenci I roku, którzy mają teraz 2 tygodnie czegoś w rodzaju naszych juwenaliów, podczas których mają czas na poznanie uczelni, miasta i przystosowanie wątrób i głów do długiego i trudnego okresu studiów. No i łączy się ten dwutygodniowy fest z oczepinami i innymi dziwnymi obrzędami. Ech, ja chcę na studia. TUTAJ!
Wyjeżdzając z miasta kotłowały mi się 2 zasadnicze spostrzeżenia - po pierwsze po 20:00 nie można tu kupić w sklepie nawet piwa (ważna informacja dla każdego Złombolowca). A po drugie norweżki wbrew obiegowe opinii są naprawdę ładne. Wojtas aż machnął szybką kolekcję fotek (sprzedaje po 20 euro za komplet).   Ok. 23:00 dotarliśmy na zlokalizowany nieopodal camping i po szybkiej oblucji poszliśmy spać. Jutro niestety musimy zweryfikować naszą dalszą marszrutę, gdyż trochę zbyt ambitnie ją sobie ustaliliśmy (tzn ja zapomniałem, że jedziemy Żukiem a nie Audi A8). Jutro napiszę o czym nie będę miał okazji opowiedzieć. Ano trudno, takie życie. Na szczęście ja także "mam na to wszystko wy...ebane". 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz