piątek, 23 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu. Dzień dwunasty

Sognda - Sarpsborg, 400 km, 10 godzin.  

Dziś zaczęło się już od samego rana. Wstaliśmy jak zwykle trochę za późno, z tym że Ola wygrzebała się z namiotu jako ostatnia. Łukasz jako kochający partner życiowy dbający o wygody swojej narzeczonej, zaniósł jej do namiotu walizkę, żeby Ola mogła wygodnie się wystroić. Kura (wyjazdowy mistrz ciętej riposty) widząc posunięcie Łukasza odezwał się w te słowa: "Słusznie, zostaw jej jeszcze z 50 euro i możemy jechać". Na szczęście Łukasz jak lew stanął w obronie swojej narzeczonej i już (dobre słowo) o 12:30 ruszyliśmy w kierunku Oslo. A spieszy nam się bardzo, bo mamy realną szansę pozbyć się tam Wojtasa, zanim ten wy...ebie nam wszystkim jedynki z łokcia. No i zabierze w końcu walające się wszędzie brudne czerwone majty. Tak zwane majty Wali.

Za sterami mamy dziś naszego Afgańskiego hodowcę bydła (Wojtas też dorobił się wyjazdowej ksywski). Gość ma prawo jazdy na wszystko co ma więcej niż 2 koła więc z tyłu bezpiecznie delektujemy się płynami. Mamy tylko nadzieję, że nie odezwie się jego prawdziwa natura i nie roztrzaska nas o jakiś budynek użyteczności publicznej. Puszczam mu tak dla odprężenia muzykę z "Helikoptera w ogniu". Akurat jego klimaty.   Tak a'propos tych płynów to jeden jedyny Kura utrzymuje stan wstrzemięźliwości i w skrytości ducha grzebie sobie w... telefonie. Natomiast widząc mnie i Łukasza otwierających swoje puszki stwierdził z przekąsem: Oho, kierowcy się nam wykruszają... 

Stanęliśmy na stacji w celach wiadomych (nie, nie to co myślicie - tu na stacjach nie ma alkoholu, tu na stacje przyjeżdża się po paliwo; nie - nie dla ludzi tylko do auta) i Ola niestety wypiła potrójne espresso. Szaleje teraz po aucie tak, że jeśli chce się ją zobaczyć to trzeba nagrać film na kamerze i puścić go w zwolnionym tempie. Dziesięciokrotnie.   W ogóle atmosfera zrobiła się dosyć swojska. Na tyle swojska, że Ola zauważyła że chłopaki po kilku dniach bez przebierania (nie chce im się ściągać walizek z dachu) zaczynają "tracić na świeżości". Dobre... naprawdę dobre! Ja też zauważyłem, że coś się rozluźniło w Pieszczochu i to do tego stopnia, że Łukasz zaczął się (od kilku dni) tulić do Kuraka i całować go w czółko. Pytam się więc Kuraka czy Łukasz całuje go bo go kocha. Kura na to że raczej dlatego, że za wolno Łukaszowi ucieka. Taki ten ich związek dziwny. Ale naprawdę ciekawy i warto to pooglądać. Taki National Geographic na żywo.

Wieczorem w Oslo pozbyliśmy się Afgana. Wojtas w niedzielę musi być z powrotem w Finlandii a chciał jeszcze odwiedzić swoje krakowskie stado, tak więc musiał wybrać szybszy transport do kraju. Jutro samolotem leci do Krakowa i będzie miał całe 3 dni na strzyżenie swoich owieczek. Prawie udało się go wymienić na dwie rezolutne dziewczynki w wieku przedszkolnym (Laurę i Sandrę), ale ostatecznie znajomi Wojtasa (rodzice dziewczynek) pokapowali się, że interes byłby marny. Natomiast dzieciaki z miejsca obsiadły Pieszczocha włączając w nim wszystko co  tylko się dało i bystrze zauważyły, że Wojtas przypomina koziego bobka. W nagrodę za spostrzegawczość dostały Barbarasowe czapki z rogami. Zresztą gdyby nie dzieciaki to pożegnanie z Afganem byłoby niezmierne przygnębiające. A tak na wesoło pożegnaliśmy się z nim czule (w końcu dobry był z niego herbatnik) i ruszyliśmy na Goeteborg.

Śpimy jakieś 50 km za Oslo. Ola weszła na tak wysokie obroty, że ciężko nad nią zapanować. Brakuje Wojtka, widać kto trzymał ekipę w ryzach. Ola po prostu przestała obawiać się o swoje siekacze. Oczator tylko przewraca oczami. To na niego spada teraz obowiązek opieki nad Olą. Współczuję.

1 komentarz:

  1. trzymamy za was kciuki nasz żuczek już w domu Abuela

    OdpowiedzUsuń