poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu. Dzień Dziewiąty - Armageddon!

Bodo - Korgen, 260 km, 8 godzin.

Pakujemy się do Pieszczocha, opuszczamy już przytulne domki w Bodo. W pewnym momencie Kura kręcąc się po naszej hyttcie zauważył narzędzia do sprzątania. Podnosi z niedowierzaniem miotłę i mówi: "Patrz Łukasz, zmiotka w zeberkę, pasowałaby Ci do spodenek, w których ćwiczysz". Jaki z tego morał - Łukasz musi naprawdę zajebiście wyglądać jak ćwiczy.   Ruszyliśmy w kierunku Trondheim. Niestety po przejechaniu 30 km... padł nam zupełnie alternator. A dokładniej totalnie rozpadło się koło pasowe. Wszyscy bardzo się ucieszyli że w końcu coś się dzieje i że możemy w końcu wymienić sobie ten nadwyrężony już alternator. Oczator nawet założył się z nami, że wymieni go w czasie poniżej 45 minut. Dziarsko zabraliśmy się do roboty a podział ról był następujący: Oczator i Wojtas wymieniali alternator, Kura pełnił funkcję donosiciela (kluczy i innych szpejów), ja robiłem zdjęcia i kręciłem okolicznościowe filmiki a Ola się opalała. Przy okazji przyglądałem się bacznie pracy Łukasza i po jego pewnych ruchach, bystrym spojrzeniu i treściwie wydawanych precyzyjnych poleceniach stwierdziłem, że chłop ma ogormną wiedzę i w każdym momencie panuje nad sytuacją. Chyba zostanie moim nowym idolem (detronizując bezlitośnie Kuraka) i będę go musiał poprosić o autograf. Całość operacji nie trwała chyba nawet pół godziny i gdyby nie fakt, że zjeżdżając na pobocze w celu usunięcia usterki prawie Pieszczocha przewróciliśmy, byłaby to jedna wielka sielanka. W dodatku spointowana wizytą grupy studentów z Rzeszowa, którzy zatrzymali się żeby zapytać, czy w czymś nam nie pomóc. Po tradycyjnych wylewnych powitaniach i pożegnaniach, którym nie było końca (weź się tu przywitaj z całym prawie busem dziewczyn) oraz po tym, jak w ramach rekompensaty zepsułem im szybę w aucie, ruszyliśmy dalej.

Ale nie za daleko. Przy okazji wymiany alternatora spalił się regulator napięcia. Dokładnie taki, jaki oddaliśmy kilka dni wcześniej jednej z załóg. A trzeciego nie mieliśmy. W ramach prób wymiany tego ustrojstwa Kura poszedł do pobliskich domów żeby rozpytać o możliwości skombinowania skądś uszkodzonych części. Ale jak to u Kury bywa, trafił niechcący do jednostki wojskowej i gęsto musiał się tłumaczyć, dlaczego przekroczył granicę strefy, do której wchodzić nie wolno. Ponoć obyło się bez kontroli osobistej i po chwili roztrzęsciony Paweł idąc na lekko ugiętych nogach pojawił się z powrotem przy aucie. A zaraz za nim wojak z jednostki. Na szczęście żałosny widok rozgrzebanego Żuka utwierdził go w przekonaniu, że nie stanowimy raczej zagrożenia dla obronności kraju i sobie pojechał. Łukasz szukał rozwiązania w telefonie a ja nadrabiałem blogowe zaległości. A ponieważ nic się na miejscu zrobić nie udało, wróciliśmy do Bodo z nadzieją, że jeszcze ktoś z naszych będzie płynął z Lofotów i będzie miał rzeczony regulator.   I faktycznie przypłynęła ekipa Rafako Team i mieli na stanie zapasowy regulator. Oddali go nam za jedno dziękuję i już po chwili znów byliśmy gotowi do drogi. Dodam jeszcze tylko, że znów okazało się, że chłopaki ze Śląska to naprawde równa ekipa i nie zawiedli w potrzebie. Panowie (i Panie) - jeszcze raz wielkie dzięki!   Jedyny problem jaki nam pozostał to to, że mieliśmy do Trondheim ruszyć o 11:00 a finalnie wyruszyliśmy o 18:00. Trochę późno jak na fakt, że do przejechania mamy 700 km. No nic, za sterami mamy Oczatora (on dziś jest hiperaktywny) i prujemy przed siebie. Wojtas który nigdy nie śpi, śpi, Bever dłubie w zębach a Kura smrodzi w aucie paprykarzem nie pomny na to jak się wczoraj wkurzał jak podgryzałem sobie torrfiska. No a ja w ramach odpoczynku od komputera piszę bloga. Zyskując sobie tym samym złombolową ksywke - poeta. Ech...

Czas goni. Po drodze jemy na szybko przygotowany przez Olę obiad - makaron z tuńczykiem i pomidorami. Naprawdę pyszne. Ola może i przy gotowaniu sporo chlapie, ale ma wyczucie smaku. Szacun bejbe!   Ok. 23:00 mijamy koło podbiegunowe. Starcza czasu jedynie na szybki rzut okiem a ja starym zwyczajem układam trolla. Jestem tu już szósty chyba raz i za każdym razem się sprawdza - wracam. Na polu (taaak, dla niektórych to na dworze ale do cholery jesteśmy wszyscy krakusami) już prawie zupełnie ciemno. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka dni temu dało się rozbić namuiot bez użycia czołówki.

O drugiej dojeżdzamy na camping w rejonie Korgen. Do Trondheim dojedziemy jutro.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz