poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu. Dzień drugi.

Suwałki - Parnu, 13 godzin, 560 km

Ledwie wjechaliśmy na Litwę (jestem tu pierwszy raz więc kraj poznałem po stacjach Orlen) a już na poboczu zo baczyliśmy czekające lawety. Czyżby litwini dowiedzieli się, że przez ich kraj przetoczy się kilkaset ton złomu? Czyżby czekali na łatwy łup? Nie damy im tej satysfakcji. Otwieramy kolejne piwo i jedziemy dziarsko przed siebie.  

Ponieważ dziś prowadzi Ola to w samochodzie nudy. Ola skupiła się na kierowaniu i nie ma kto się wydurniać w trzecim rzędzie. Do tego Kurak przygotowuje się mentalnie do przejęcia sterów w drugiej części dnia odsypiając nocne gdakanie. Jedyne co się dzieje to jak nas ktoś wyprzedza. Ponieważ Olę wbrew obawom widać zza kierownicy, to wszyscy, którzy jadą szybciej machają jej entuzjastycznie i pozdrawiają. Ja nie wiem, ale jak ja kierowałem wczoraj to nikt mi tak nie dodawał otuchy. A mówią, że mamy równouprawnienie...  

No i najważniejsze - z głośników sączą się delikatne dźwięki Sadista - ulubionej kapeli Oczatora. Muzycznie to chyba nie mogłem trafić na lepszą ekipę!  

Są też pierwsze awarie. Jeden z żuków stracił hamulce. Wszyscy są jednak w świetnych nastrojach, bo padły tylko te przednie. A są jeszcze z tyłu, będą akurat na przełęcz Trolli. Z pewnością dadzą radę. W niebieskiej Nysce natomiast pękła tylna felga. Było groźnie ale chłopaki opanowały furę a zapasowe koło mieli ze sobą. Skończyło się więc tradycyjną polską gościnnością. My zaoferowaliśmy im pomoc przy podnoszeniu auta, oni nam piwo i się rozstaliśmy. Był jeszcze jeden plus tego wydarzenia - Kura się obudził. Litwa przeleciała niczym wczorajsze śniadanie. Za to zaraz za granicą z Łotwą zatrzymali nas pogranicznicy i wyraźnie szukali punktu zaczepnego. Na szczęście nasza językowa indolencja nie pozwoliła na dłuższe dyskusje i w końcu pogranicznik wyraźnie niezadowolony z jakości naszych świateł kazał nam jechać dalej. I teraz dochodzimy do punktu najważniejszego - Ola odpuściła pedałom i za sterami zasiadł Kurak. Dodam tylko że Kurak trzeźwy, rześki i wypoczęty. Kurak gotowy na nowe wyzwania.

Chwilę później zobaczyliśmy jadącą w przeciwnym kierunku Złombolową Ładę nr 52. Na lawecie. Mam nadzieję że nic poważnego się nie stało i że spotkamy się z nimi na mecie.   Im robiło się ciemniej tym bardziej fascynował nas ten problem z naszymi światłami. Zatrzymaliśmy się więc na stacji i okazało się, że obie dopiero co wymienione żarówki po prostu się przepaliły. A zapasowa była tylko jedna. Zakupiliśmy więc 2 nowe niezbyt pasujące i za pomocą nakrętek z butelek z wody mineralnej przymocowaliśmy je do kloszów. Jedziemy teraz rażąc przeokrutnie wszystkich wokoło i zastanawiamy się, co będzie dalej.  

Na szczęście na campingu za cenę jednego piwa udało się zdobyć drugą pasującą żarówkę. W związku z powyższym cali szczęśliwi stoimy i zastanawiamy się, co by tu zjeść na kolację. Mamy grilla, węgiel ale niestety nic do zapełnienia rusztu. Ponieważ Kura z powodzeniem załatwił żarówkę, Oczator zaproponował mu również ekspedycję w celu skombinowania jakiejś kiełbasy. Na co Kura odezwał się tymi słowy: ale jesteś mądry (eufemizm), sam spróbuj zabrać pijanemu Polakowi kiełbasę... W związku z powyższym wyciągnęliśmy palnik i ugotowaliśmy sobie chińską zupkę. I tyle było z naszego zaawansowanego gotowania i zdrowego żywienia, o których tyle słyszałem przed wyjazdem od Oli.

 Rano obudziło nas beczenie. Na początku myśleliśmy, że to Kurak zmienił intonację swojego chrapania. Po chwili jednak okazało się, że camping ma swoją maskotkę w postaci owcy, która bezstresowo przechadza się wśród turystów prosząc o coś na śniadanie. Ja zobaczyłem ją na przykład leżącą przy puszce piwa... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz