środa, 14 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu. Dzień czwarty

Viitasaari - Sodankyla, 13 godzin, 660 km

Dziś na pokładzie nudy. Ja z nudów piję piwo. Oczator nie pozostaje z tyłu i również spożywa. Jedynie Kura, który osiągnął w dniu wczorajszym apogeum integracji nie pije nic i w obawie przed odwodnieniem poimy go z Łukaszem wlewając mu trunek do otwartych ust. Skutek jednak jest opłakany. Zalana jest podłoga w Pieszczochu (wczorajszą Colę posprzątaliśmy przed wyjazdem), podkoszulek Kuraka i spodnie Oczatora. Tylko Ola ma pełne ręce roboty, bo jako jedyna jest w stanie prowadzić. No i Wojtek, który najwyraźniej unika konfrontacji ze mną i sam zgłosił się na zmiennika.

Aaa, i jeszcze jedno, zatrzymaliśmy się przy jednen z przydrożnych kamer, żeby Michał mógł nas zobaczyć. Ponieważ odświeżanie było co 15 minut, Michał nie pomógł żonie z dzieckiem przy wnoszeniu zakupów a my mieliśmy ponad 10 minut, żeby się ładnie ustawić. Skutek - na zdjęciu nie ma nas w ogóle (Pieszczoch załapał się jako jedyny) a Michał ma pewnie bana na internet. Tak czy siak będziemy próbowali dalej.   Kura oczywiście śpi. Próbowaliśmy go z Łukaszem dobudzić, ale nie działa nic. Kura ze stoickim spokojem ogania się od nas jak od natrętnych much i śpi dalej. Chłop musi mieć nerwy jak postronki. Albo tak niesamowicie głęboki sen. Na szczęście Wojtas półtubylec wpadł na dobry pomysł jak by tu Kuraka ocucić. Drogą kupna nabył tutejszy przysmak - cukierki salmiaki, które tylko nieznacznie ustępują w smaku zgniłemu rekinowi - sztandarowemu przysmakowi z Islandii. Te cukierki są tak ohydne, że po włożeniu do ust Kurak obudził się momentalnie. A ja musiałem wypić całe piwo, żeby zabić ich smak. Jedno Wam powiem - salmiaków nie kupujcie. Nawet na próbę.   Wioska św. Mikołaja także nie wygoniła Kury z auta. Podczas gdy my kręciliśmy się wokół wejścia do parku i wychodziliśmy na platformę widokową, on nie podniósł nawet powieki. Szkoda, że wszystko było już pozamykane, bo przecież ten rajd jest organizowany z myślą o dzieciakach, a to miejsce jest najbardziej wymarzonym punktem dla każdego malucha. Udało się tylko zrobić całkiem fajne zdjęcie Pieszczocha przed wejściem do parku. Dobrze, że o 11 w nocy jest tu ciągle całkiem jasno. A po obowiązkowych fotach ruszyliśmy na camping.

Ostatnie 60 km wyraźnie pobudziło ekipę. Pieszczoch przekroczył prędkość 100 km/h, Ola szalała na przednim siedzeniu tańcząc i śmiejąc się w niebogłosy. A na dodatek równocześnie śpiewała piosenki po hiszpańsku i tłumaczyła nam teorię względności przeliczając prędkość Pieszczocha na wartości bezwzględne. A wszystko to po 12 w nocy po 12 godzinach jazdy. Ja pytań nie mam. Qurak zresztą też nie miał bo postanowił pozostać w opozycji do Oli i kontynuował spanie. A może on wyznaje jakiś skrajny odłam stoicyzmu polegający na przesypianiu całego życia?   W takich to okolicznościach przyrody (a pogoda jest naprawdę super - ok 20 stopni i słońce) dotarliśmy na camping a po krótkiej aczkolwiek treściwej integracji z Białymi udaliśmy się na łono... (tfu, miałem napisać Abrahama z rozpędu) Morfeusza.

1 komentarz:

  1. no ładnie sie u was dzieje z tego co tu piszecie wychodzi na to że Pieszczoch jest w lepszej kondycji niż wy :)pozdro od niedoszłego złombolowicza :(

    OdpowiedzUsuń