sobota, 7 grudnia 2013

Czy ktoś tu puścił bąka? To tylko Pieszczoch...

Cześć! Żyjemy!

po długich i namiętnych debatach jednak postanowiliśmy zagazować Pieszczocha! Kolejny pomysłem aby zwiększyć trochę średnią prędkość, jest instalacja skrzyni biegów (piątka, tzw. Trzew z Lublina) - pomysł Panu Henrykowi na pewno się nie spodoba ;-) Ponieważ zrobiło się zimno, będziemy pracować nad deską rozdzielczą, którą w końcu zaprojektujemy na spokojnie. Jak tylko zima sobie odejdzie, zajmiemy się lakierem!

Będziemy informować na bieżąco!

niedziela, 3 listopada 2013

No hono!

No choć! Pomaluj mój świat na żółto i na niebiesko...

Staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami kompresora a wraz z nim pistoletu do pompowania, malowania, piaskowania i czekamy na aerograf. 

Tak, w przyszłym roku nie poznacie Pieszczocha. Pomysłów jest tak wiele, że dyski google są zbyt małe, aby opisywać je wszystkie na blogger.com. Do wyjazdu jednak pozostało chwil parę, na pewno wyłoni się ten czarny mat. Mać. Tak, to jeden z pomysłów.

Tak rodzą się pomysły. Tak. Co wtorek. Z laną, Warką Strong!



Wysoki Sądzie, jako że z lakiernictwem samochodowym mieliśmy tyle wspólnego, co z Mercedesami, czyli nic - efekty mogą być ciekawe!


Jesteśmy, żyjemy i spisujemy pomysły. Już niedługo część z nich będziemy realizować.

Jako ciekawostkę podamy, że nabyliśmy drogą kupna telewizor firmy Sony dwudziestosześciocalowy i został zakupiony do Pieszczocha. Dla Oczatora to sprawa priorytetowa! W przyszłym roku będzie w pierwszej kolejności zainstalowany! Obiecywał od dwóch lat...


Przecież prawie rok temu zakupił raspberry pi jako komputer pokładowy m.in. do odtwarzania filmów!


W przyszłym już będzie, powiedział i zasnął...


środa, 18 września 2013

Żyjemy!

Relacja Oczatora będzie o czasie jak PKP. Uderzy w Was jak brzoza o skrzydło Tupolewa... ta! a miało nie być polityki. Cóż. Uwielbiam Macierewicza, mam do niego słabość. Musiałem.

Tak całkiem poważnie. Krystalizują się powoli pomysły na rok następny. Dokładnie rzecz ujmując, przeróbki, które przyjmie na klatę Pieszczoch. Mówiąc kolokwialnie fokusujemy się na forcastowaniu przyszłych zadań, a establiszment będzie musiał to zaakceptować. Zmiany muszą być wdrożone maksymalnie do Q2 w 2014 roku!

Plan do realizacji na Złombol 2014 to:

zawieszenie:
- obniżyć
- utwardzić
- poszerzyć

układ kierowniczy:
- wymiana przekładni na taką, która nie ma 20 kalamitek a samochód nie zachowuje się jak wanna pełna wody z luzem jak u 60 latka...

najważniejsze:
- wymiana jednostki napędowej (ha! jak to pięknie brzmi). Póki co jest pomysł na Andorię z turbiną a dokładnie 4CTi90-1BE. Do tego skrzynia 5 biegowa (Tczew). Plan ambitny. To pierwsza wersja, a ponieważ jest burza mózgów, plan może się zmienić, o czym drodzy Przyjaciele, będziemy Was informować na bieżąco.

Czy umiesz rozpoznać modrzew z dużej odległości?



tak, to ja. Wróciłem. Ja Was też.

sobota, 31 sierpnia 2013

Zdjęcia Złombol 2013

Oczator wciąż na jutrzejszy dzień pisze swoją wersję wydarzeń z wyjazdu. Coś bełkocze o tym, że w końcu umieści swoje wypociny. Czekamy!

Aby umilić Wam czekanie w końcu udało nam się zgrać zdjęcia ze wszystkich nośników, wyselekcjonować te, które nadają się do pokazania szerszej publiczności... Zresztą Oczator przemycił kilka fotek Kuraka, za które mu się oberwie!

zdjęcia dostępne są tutaj:
https://picasaweb.google.com/100027598694135557265/Zlombol2013

dasz radę? jest ich 800!

Komentarze pod zdjęciami mile widziane!

piątek, 23 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu. Dzień trzynasty.

To ostatni wpis Maćka. Naszego pokładowego skryby! Dziękujemy. W dniu jutrzejszym kilka słów okiem Oczatora na temat wyjazdu. Właśnie dotarliśmy do swoich domów. Czas na zasłużony odpoczynek!

Sarpsborg - Ystadt. 530 km,

Jestem obrażony za ten przytyk Kuraka dotyczący mojej daty urodzenia. Co prawda faktycznie gdybym tylko coś jeszcze pamiętał (mam sklerozę starczą) i gdybym mógł się jeszcze ruszać (mam starczą osteoporozę i zwyrodnienia stawów) to bym im jeszcze pokazał na co mnie stać, ale nie mam już na to siły. Powiedziałem im więc, że olewam ich kompanię i wracam do domu i poprosiłem czy by mnie nie podrzucili.

No więc jedziemy właśnie do Ystadt, gdzie ok 22:30 mamy prom do Świnoujścia. Jak dobrze pójdzie to o 2:30 będziemy już w polskim porcie a stamtąd to już prosta droga do domu.

Po drodze nic się nie dzieje. Kopki siana, krowy jedzą, brak akcji jest. Ponieważ nie ma Afgana a Ola siedzi z przodu, to mamy z Kurakiem po jednej kanapie na głowę. Leżę więc sobie i rozmyślam, jakim wygodnym autem jest prosty polski Żuk. Odkąd torba Oli (o którą od jakiegoś czasu toczą się zacięte boje) znalazła w końcu swoje miejsce gdzieś indziej niż na samym środku auta, to zrobiło się naprawdę dużo przestrzeni.
I w trakcie tego błogostanu taka mnie naszła refleksja. Jeśli miałbym jechać na kolejny Złombol to tylko Żukiem. Auto samo w sobie zajebiste i wręcz idealne na włóczenie się po świecie. Tyle że po tym, jak na stonach niniejszego bloga bezczelnie obsmarowałem wszystkich chyba z teamu Lumpeksskład wiadomym jest, że Oczator z Kurakiem więcej mnie ze sobą nie wezmą. Także jakby ktoś chciał w przyszłym roku zabrać ze sobą podstarzałego skrybę który nie zna się na autach ale za to dużo je i pije, proszę pisać. Postaram się nie zawieść i znów będę obnażał wszystkie słabości i intymne sekrety nowego teamu. A tymczasem 200 km do promu. Pieszczoch daje radę i wyprzedził nawet jedno Ferrari. Akurat jechało na lawecie...

Jesteśmy na promie. Cali i zdrowi. Pieszczoch nie zwiódł. Stanął na wysokości zadania po raz trzynasty na tym wyjeździe. I po raz nie wiem który w swoim życiu. W końcu Pieszczoch ratował kiedyś ludzkie życie jako pojazd strażacki. Za to wzbudzał ogólne zainteresowanie kierowców stojących w kolejce. Co chwilę ktoś podchodził, wypytywał, zaglądał do środka. Miłe to bardzo. Fajnie, że było legendy motoryzacji wciąż są w cenie. I nawet jeśli nie ma w tych autach siedmiocalowych ekranów LCD, alcantary i szyberdachu na guziki, wciąż fascynują. I myślę że dzięki takim właśnie ludziom jak Złombolowcy te auta będą żyły między nami jeszcze długie lata.

Jutro jeszcze tylko przejazd przez Polskę. Jakieś 600 km i będziemy w domu. Nic ciekawego. W związku z powyższym kończę oficjalnie nijesze wpisy na blogu. Na tym kończy się moja przygoda ze Złombolem 2013. Ale mam nadzieję, że nie ze Złombolem w ogóle.

Na koniec chciałbym bardzo podziękować Oczatorowi i Kurze. Pierwszemu za to, że na prawie 2 tygodnie oddał mi swojego bloga. Obu Panom za to, że pomimo mojej ignorancji mechanicznej i totalej bezużyteczności w przypadku awarii wzięli mnie ze sobą. Powiem więcej, obaj Panowie przed wyjazdem widzieli mnie może kilka razy, a jednak zaryzykowali. I dzięki nim przeżyłem przygodę, o jakiej nawet bym nie pomyślał. Dziękuję.


Masta.

Kronika wyjazdu. Dzień dwunasty

Sognda - Sarpsborg, 400 km, 10 godzin.  

Dziś zaczęło się już od samego rana. Wstaliśmy jak zwykle trochę za późno, z tym że Ola wygrzebała się z namiotu jako ostatnia. Łukasz jako kochający partner życiowy dbający o wygody swojej narzeczonej, zaniósł jej do namiotu walizkę, żeby Ola mogła wygodnie się wystroić. Kura (wyjazdowy mistrz ciętej riposty) widząc posunięcie Łukasza odezwał się w te słowa: "Słusznie, zostaw jej jeszcze z 50 euro i możemy jechać". Na szczęście Łukasz jak lew stanął w obronie swojej narzeczonej i już (dobre słowo) o 12:30 ruszyliśmy w kierunku Oslo. A spieszy nam się bardzo, bo mamy realną szansę pozbyć się tam Wojtasa, zanim ten wy...ebie nam wszystkim jedynki z łokcia. No i zabierze w końcu walające się wszędzie brudne czerwone majty. Tak zwane majty Wali.

Za sterami mamy dziś naszego Afgańskiego hodowcę bydła (Wojtas też dorobił się wyjazdowej ksywski). Gość ma prawo jazdy na wszystko co ma więcej niż 2 koła więc z tyłu bezpiecznie delektujemy się płynami. Mamy tylko nadzieję, że nie odezwie się jego prawdziwa natura i nie roztrzaska nas o jakiś budynek użyteczności publicznej. Puszczam mu tak dla odprężenia muzykę z "Helikoptera w ogniu". Akurat jego klimaty.   Tak a'propos tych płynów to jeden jedyny Kura utrzymuje stan wstrzemięźliwości i w skrytości ducha grzebie sobie w... telefonie. Natomiast widząc mnie i Łukasza otwierających swoje puszki stwierdził z przekąsem: Oho, kierowcy się nam wykruszają... 

Stanęliśmy na stacji w celach wiadomych (nie, nie to co myślicie - tu na stacjach nie ma alkoholu, tu na stacje przyjeżdża się po paliwo; nie - nie dla ludzi tylko do auta) i Ola niestety wypiła potrójne espresso. Szaleje teraz po aucie tak, że jeśli chce się ją zobaczyć to trzeba nagrać film na kamerze i puścić go w zwolnionym tempie. Dziesięciokrotnie.   W ogóle atmosfera zrobiła się dosyć swojska. Na tyle swojska, że Ola zauważyła że chłopaki po kilku dniach bez przebierania (nie chce im się ściągać walizek z dachu) zaczynają "tracić na świeżości". Dobre... naprawdę dobre! Ja też zauważyłem, że coś się rozluźniło w Pieszczochu i to do tego stopnia, że Łukasz zaczął się (od kilku dni) tulić do Kuraka i całować go w czółko. Pytam się więc Kuraka czy Łukasz całuje go bo go kocha. Kura na to że raczej dlatego, że za wolno Łukaszowi ucieka. Taki ten ich związek dziwny. Ale naprawdę ciekawy i warto to pooglądać. Taki National Geographic na żywo.

Wieczorem w Oslo pozbyliśmy się Afgana. Wojtas w niedzielę musi być z powrotem w Finlandii a chciał jeszcze odwiedzić swoje krakowskie stado, tak więc musiał wybrać szybszy transport do kraju. Jutro samolotem leci do Krakowa i będzie miał całe 3 dni na strzyżenie swoich owieczek. Prawie udało się go wymienić na dwie rezolutne dziewczynki w wieku przedszkolnym (Laurę i Sandrę), ale ostatecznie znajomi Wojtasa (rodzice dziewczynek) pokapowali się, że interes byłby marny. Natomiast dzieciaki z miejsca obsiadły Pieszczocha włączając w nim wszystko co  tylko się dało i bystrze zauważyły, że Wojtas przypomina koziego bobka. W nagrodę za spostrzegawczość dostały Barbarasowe czapki z rogami. Zresztą gdyby nie dzieciaki to pożegnanie z Afganem byłoby niezmierne przygnębiające. A tak na wesoło pożegnaliśmy się z nim czule (w końcu dobry był z niego herbatnik) i ruszyliśmy na Goeteborg.

Śpimy jakieś 50 km za Oslo. Ola weszła na tak wysokie obroty, że ciężko nad nią zapanować. Brakuje Wojtka, widać kto trzymał ekipę w ryzach. Ola po prostu przestała obawiać się o swoje siekacze. Oczator tylko przewraca oczami. To na niego spada teraz obowiązek opieki nad Olą. Współczuję.

środa, 21 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu. Dzień jedenasty

Trondheim - Sogndal, 410 km.

Dziś wielkie zmiany. Drużyna poddała partię i przegłosowała mnie i trochę Olę. Zwyciężył głos rozsądku i pragmatyzm. I zasadniczo się z tą nową trasą zgadzam. No więc po krótce jest tak. Odpuszczamy Drogę Atlantycką, Alesund, Bergen, Geiranger, Przełęcz Trolli, Bergen, Kjeagerbolta, Roros i jeszcze kilka fajnych miejsc. Jedziemy za to do Oslo przez Jotunheimen (tyle udało się wywalczyć) i dalej do Kopenhagi. Ja oczywiście wyję z bólu, ale faktycznie chłopaki mają rację. Trochę chyba przesadziłem z tą trasą i ambicja mnie poniosła. Tak czy siak w Oslo mamy w planach wysadzić Wojtasa (już mamy go dość i chcemy się go pozbyć) a dalej przez mosty na Bełtach wrócić do Polski.

A na razie pędzimy w kierunku Jotunheimen. Pogoda dopisuje, humory też. Za to z uwagi na totalną degrengoladę która nas dopadła (zmiana trasy i poddanie się bez walki z Drogą Trolli), z głośników leci disco polo i jakiś ruski pop. A, i po drodze drogą kupna nabyliśmy materiał na wieczornego grilla oraz trochę piwa. Stąd pewnie te humory.

Jotunheimen zabrało nam trochę czasu. Po pierwsze dlatego, że sweet fociom nas i Pieszczocha nie było końca a po drugie dlatego, że Oczatorowi udało się mooocno rozgrzać hamulce i sprzęgło. Musieliśmy zatrzymać się po drodze, żeby dać im odpocząć, bo smród znów zaczynał negatywnie oddziaływać na Olę. Znów zaczęła się szamotać i wydawać dziwne dźwięki. Zwłaszcza na widok lodowca. I choć zimno było jak w prosektorium, była mgła i wiało jak w mieście latających scyzoryków, to wszystkim się bardzo Jotunheimen podobało. No i Pieszczoch spisał się na medal. To naprawdę dobrze przygotowane profesjonalne auto wyprawowe. Szacun dla mechaników.   Na noc zjeżdżamy do Sogndal. Mamy mięso na grilla i piwo, więc zapowiada się ciekawy wieczór. Oby tylko nie padało.

Aaa, czy ja już wspominałem, że za Trondheim spotkaliśmy prawdziwego sporego łosia? Nie? No to wspominam. Stał przy drodze ale na widok groźnego Pieszczocha pierzchnął jakby go prąd popieścił. Zanim zdążyłem wyciągnąć aparat.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu. Dzień dziesiąty

Korgen - Trondheim, 500 km, 10 godzin.

Wczorajszy wieczór zakończył się miłym akcentem. Jeden tubylec w zamian za pyszneeego papierocha Wojtasa oddał nam trochę swojego samogonu. Mocny był jak fiks i Kura nie chciał go pić z uwagi na prawdopodobieństwo utraty wzroku, ale jakoś daliśmy radę. W końcu to Złombol jest a nie parafialna oaza. Tu nikt nie jest dla przyjemności.   Ruszyliśmy do Trondheim. Co prawda mamy dziś drugi dzień pogody tak zwanej ustabilizowanej (pierwszy dzień był w A) ale nas to średnio boli, bo i tak mamy cały dzień w aucie.   Jest tylko jeden mały problem. Z tyłu samochodu zaczęło śmierdzieć. Na początku podejrzewaliśmy Wojtasa (któżby był na tyle odważny, żeby rzucić oszczerstwo pod moim adresem - zaraz bym go tu obsmarował) bo owe "zapachy"przywodziły na myśl spaloną siarkę lub zapałkę. I to by akurat pasowało bardzo. Wszyscy wiedzą, że Wojtas pochodzi w prostej linii od diabła Boruty i takie zapachy piekielne to nic nowego. Potem jednak stwierdziliśmy, że to chyba spaliny i zatrzymaliśmy się w celach rozpoznawczych. Wymieniliśmy świece i jedziemy dalej. Chyba jest lepiej.  

Ola po tych przejściach zrobiła się wesoła. Śmieje się nie wiadomo z czego i dogaduje Oczatorowi. Poirytowany Oczator mówi, że chyba Oli ta siarka służy. Na co Kurak dorzuca błyskotliwie: "Jak zresztą wszystkim smokom". No cóż, wiem że w czasach średniowiecznych bobry uważane były za ryby, ale żeby za smoki? W ogóle w drodze do celu atmosfera zrobiła się imprezowa. DJ Bober puszczał Złombolowe szlagiery wysokich lotów (Disko Partizani Shantela i Buraki Kabanosa), Wojtas wykazał się talentem perkusity i przygrywał na garnkach i kubkach (całkiem kurde sprawnie - podejrzewam go o to, że faktycznie grał dziad kiedyś w jakiejś kapeli tylko się przyznać do błędów młodości nie chce), Kura pilnował, żebyśmy nie roznieśli auta a ja kierowałem. Oczator... "miał na to wszystko wy...ebane".

   Do Trondheim dotarliśmy nader sprawnie tuż przed godziną 20:00. Ponieważ pogoda się poprawiła, zaliczyliśmy szybki POM (powolny obchód miasta) ze szczególnym uwzględnieniem starego mostu zwodzonego, katedry Nidoras i starówki. Zahaczyliśmy również mimochodem o restaurację "Pod Złotymi Łukami" znaną ze zdrowych potraw. Ola była wniebowzięta.  

Jednak przechadzając się ulicami pierwsze co rzuciło się nam w oczy to ogromne ilości niezbyt trzeźwych młodych ludzi szalejących po ulicach. Byli TACY, którzy wskakiwali Kurze na plecy i kazali się nosić oraz TAKIE, które grzecznie z uśmiechem na ustach prosiły mnie o zrobienie im zdjęcia. Podczas krótkiej pogawędki okazało się, że to studenci I roku, którzy mają teraz 2 tygodnie czegoś w rodzaju naszych juwenaliów, podczas których mają czas na poznanie uczelni, miasta i przystosowanie wątrób i głów do długiego i trudnego okresu studiów. No i łączy się ten dwutygodniowy fest z oczepinami i innymi dziwnymi obrzędami. Ech, ja chcę na studia. TUTAJ!
Wyjeżdzając z miasta kotłowały mi się 2 zasadnicze spostrzeżenia - po pierwsze po 20:00 nie można tu kupić w sklepie nawet piwa (ważna informacja dla każdego Złombolowca). A po drugie norweżki wbrew obiegowe opinii są naprawdę ładne. Wojtas aż machnął szybką kolekcję fotek (sprzedaje po 20 euro za komplet).   Ok. 23:00 dotarliśmy na zlokalizowany nieopodal camping i po szybkiej oblucji poszliśmy spać. Jutro niestety musimy zweryfikować naszą dalszą marszrutę, gdyż trochę zbyt ambitnie ją sobie ustaliliśmy (tzn ja zapomniałem, że jedziemy Żukiem a nie Audi A8). Jutro napiszę o czym nie będę miał okazji opowiedzieć. Ano trudno, takie życie. Na szczęście ja także "mam na to wszystko wy...ebane". 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu. Dzień Dziewiąty - Armageddon!

Bodo - Korgen, 260 km, 8 godzin.

Pakujemy się do Pieszczocha, opuszczamy już przytulne domki w Bodo. W pewnym momencie Kura kręcąc się po naszej hyttcie zauważył narzędzia do sprzątania. Podnosi z niedowierzaniem miotłę i mówi: "Patrz Łukasz, zmiotka w zeberkę, pasowałaby Ci do spodenek, w których ćwiczysz". Jaki z tego morał - Łukasz musi naprawdę zajebiście wyglądać jak ćwiczy.   Ruszyliśmy w kierunku Trondheim. Niestety po przejechaniu 30 km... padł nam zupełnie alternator. A dokładniej totalnie rozpadło się koło pasowe. Wszyscy bardzo się ucieszyli że w końcu coś się dzieje i że możemy w końcu wymienić sobie ten nadwyrężony już alternator. Oczator nawet założył się z nami, że wymieni go w czasie poniżej 45 minut. Dziarsko zabraliśmy się do roboty a podział ról był następujący: Oczator i Wojtas wymieniali alternator, Kura pełnił funkcję donosiciela (kluczy i innych szpejów), ja robiłem zdjęcia i kręciłem okolicznościowe filmiki a Ola się opalała. Przy okazji przyglądałem się bacznie pracy Łukasza i po jego pewnych ruchach, bystrym spojrzeniu i treściwie wydawanych precyzyjnych poleceniach stwierdziłem, że chłop ma ogormną wiedzę i w każdym momencie panuje nad sytuacją. Chyba zostanie moim nowym idolem (detronizując bezlitośnie Kuraka) i będę go musiał poprosić o autograf. Całość operacji nie trwała chyba nawet pół godziny i gdyby nie fakt, że zjeżdżając na pobocze w celu usunięcia usterki prawie Pieszczocha przewróciliśmy, byłaby to jedna wielka sielanka. W dodatku spointowana wizytą grupy studentów z Rzeszowa, którzy zatrzymali się żeby zapytać, czy w czymś nam nie pomóc. Po tradycyjnych wylewnych powitaniach i pożegnaniach, którym nie było końca (weź się tu przywitaj z całym prawie busem dziewczyn) oraz po tym, jak w ramach rekompensaty zepsułem im szybę w aucie, ruszyliśmy dalej.

Ale nie za daleko. Przy okazji wymiany alternatora spalił się regulator napięcia. Dokładnie taki, jaki oddaliśmy kilka dni wcześniej jednej z załóg. A trzeciego nie mieliśmy. W ramach prób wymiany tego ustrojstwa Kura poszedł do pobliskich domów żeby rozpytać o możliwości skombinowania skądś uszkodzonych części. Ale jak to u Kury bywa, trafił niechcący do jednostki wojskowej i gęsto musiał się tłumaczyć, dlaczego przekroczył granicę strefy, do której wchodzić nie wolno. Ponoć obyło się bez kontroli osobistej i po chwili roztrzęsciony Paweł idąc na lekko ugiętych nogach pojawił się z powrotem przy aucie. A zaraz za nim wojak z jednostki. Na szczęście żałosny widok rozgrzebanego Żuka utwierdził go w przekonaniu, że nie stanowimy raczej zagrożenia dla obronności kraju i sobie pojechał. Łukasz szukał rozwiązania w telefonie a ja nadrabiałem blogowe zaległości. A ponieważ nic się na miejscu zrobić nie udało, wróciliśmy do Bodo z nadzieją, że jeszcze ktoś z naszych będzie płynął z Lofotów i będzie miał rzeczony regulator.   I faktycznie przypłynęła ekipa Rafako Team i mieli na stanie zapasowy regulator. Oddali go nam za jedno dziękuję i już po chwili znów byliśmy gotowi do drogi. Dodam jeszcze tylko, że znów okazało się, że chłopaki ze Śląska to naprawde równa ekipa i nie zawiedli w potrzebie. Panowie (i Panie) - jeszcze raz wielkie dzięki!   Jedyny problem jaki nam pozostał to to, że mieliśmy do Trondheim ruszyć o 11:00 a finalnie wyruszyliśmy o 18:00. Trochę późno jak na fakt, że do przejechania mamy 700 km. No nic, za sterami mamy Oczatora (on dziś jest hiperaktywny) i prujemy przed siebie. Wojtas który nigdy nie śpi, śpi, Bever dłubie w zębach a Kura smrodzi w aucie paprykarzem nie pomny na to jak się wczoraj wkurzał jak podgryzałem sobie torrfiska. No a ja w ramach odpoczynku od komputera piszę bloga. Zyskując sobie tym samym złombolową ksywke - poeta. Ech...

Czas goni. Po drodze jemy na szybko przygotowany przez Olę obiad - makaron z tuńczykiem i pomidorami. Naprawdę pyszne. Ola może i przy gotowaniu sporo chlapie, ale ma wyczucie smaku. Szacun bejbe!   Ok. 23:00 mijamy koło podbiegunowe. Starcza czasu jedynie na szybki rzut okiem a ja starym zwyczajem układam trolla. Jestem tu już szósty chyba raz i za każdym razem się sprawdza - wracam. Na polu (taaak, dla niektórych to na dworze ale do cholery jesteśmy wszyscy krakusami) już prawie zupełnie ciemno. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka dni temu dało się rozbić namuiot bez użycia czołówki.

O drugiej dojeżdzamy na camping w rejonie Korgen. Do Trondheim dojedziemy jutro.

Kronika wyjazdu. Dzień szósty, siódmy, ósmy - kumulacja

Nordkapp - Nordkjosbotn, ok. 500 km, ok. 12 godzin.

Dziś dzień zaczął się w sposób wyjątkowy i nie mam na myśli pięknej słonecznej pogody. Po pierwsze od rana Łukasz zwraca się do Pawła (tak, Kura ma imię) z należytym szacunkiem i spełnia wszystkie jego polecenia. Po drugie w Pieszczochu pojawiła się pewna niepokojąc usterka, A mianowicie uszkodziła się śruba spinająca ze sobą pióra tylnego wahacza. Nie wyglądało to najlepiej, ale po konsultacjach z bazą w Polsce postanowiliśmy śrubę do spinającej pióra obejmy przyspawać. Ponieważ spawarka oczywiście była pod ręką, po kilku minutach ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejny cel to miejscowość A na Lofotach - najpiękniejsze miejsce na ziemi...   I tu niestety następuje niemiła niespodzianka. Jak już skończyłem opisywać niniejszy dzień, padł mi k... z niewiadomych przyczyn tablet. Zwiesił się k... tak, że dopiero nasz nadworny informatyk oczator przywrócił go do życia po dniu walki. Niestety straciłem cały dotychczasowy dorobek, w tym resztę z dnia szóstego.

Z kronikarskiego obowiązku nadmienię jedynie, że dotarliśmy do miescowości Nordkjosbotn i rozłożyliśmy się na przydrożnym parkingu. Aha, no i Oczator praaawie do samego wieczora dał radę pozostawić w spokoju Pawła. Tylko humory coś siadły, zapewnie z powodu przemęczenia trasą. Czekamy na dzień odpoczynku w A.   I jeszcze jedno - Kura zdradził mi w tajemnicy, że Bober jest niepiśmienna. Ciekaw jestem skąd to wywnioskował...

Kronika wyjazdu, dzień siódmy.

Nordkjosbotn - A, ok. 12 godzin, ok. 500 km.

Z uwagi na kronikarskie (nie, nie mylcie rozwojowym) zapóźnienie skrócę wpis do kilku zaledwie zdań. Po pierwsze i najważniejsze dotarliśmy do A bez większych problemów. Co prawda zauważyliśmy, że odpadły nity mocujące w alternatorze, ale niezbyt się tym przejęliśmy. Na parkingu przy polu namiotowym Oczator i Wojtas wzięli prysznic z naszego przenośnego szałera robiąc przy tym trochę zamieszania. Zjedliśmy pyyyszny makaron ugotowany przez Bevera i wypiliśmy po kilka piw. Potem wszyscy poszli spać a ja zgodnie z tradycją zasiadłem z aparatem i czekałem na wschód słońca. A doczekałem się przepięknej miejscami podwójnej tęczy.

Kronika wyjazdu. Dzień ósmy. A - Bodo. Ok. 20 km, 1 godzina.

Rano obudził nas deszcz. Mieliśmy niby zostać w A jeden dzień i spędzić go na zwiedzaniu, górskich wycieczkach i drobnych naprawach przy aucie (Oczator i Kurak chcieli wymienić ten alternator bez nitów), ale z uwagi na aurę postanowiliśmy uciekać na stary ląd. Ponieważ prom mieliśmy dopiero o 19:30 (na ten o 14:00 zaspaliśmy), ja poszedłem na obchód miejsowości i powspominać stare dobre czasy, reszta kręciła się trochę przy Pieszczochu i trochę przy centrum A. Na promie zjawiliśmy się nawet przed czasem i za jedyne 1300 NOK i 4 godziny byliśmy w Bodo.   Z punktu widzenia mając na uwadze fakt, że Marcin drogą kupna nabył ze 2 kilo łososia i wieloryba (aaaaa!!!), zajechaliśmy na najbliższy camping, żeby to wszystko ugrillować. Okazało się, że w recepcji jest Polak (chyba we wszystkich tu recepcjach można spotkać krajana lub krajankę, czasem nawet bardzo ciekawe osoby), który tak się ucieszył na nasz widok oraz na widok Pieszczocha, że za zupełną darmochę udostępnił nam 2 domki. Naprawdę miły gest zważywszy na fakt, że trochę chłopina ryzykował.   Umyci zasiedliśmy do grillowania a po chwili pojawił się Dawid ze swoim talerzykiem i wielką paczką wędzonego łososia. Gadaliśmy do 3 nad ranem podziwiając naszą furę i słuchając opowieści człowieka, który od 6 lat mieszka i pracuje tu w Norge. Żeby tradycji stało się zadość, wziąłem od niego mailowy adres - chętnie dowiem się czegoś więcej na temat codziennego życia powyżej koła polarnego.   Niezbyt zmęczeni oraz bardzo szczęśliwi z warunków życiowych, z pełnymi brzuchami udaliśmy się na spoczynek.

sobota, 17 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu. Dzień piąty

Sodankyla - Nordkapp, 11 godzin, 560 km

Jak to powiedział jeden z moich znajomych (podnosząc głowę znad muszli klozetowej) "jest ekstra. ekstra jest". W dodatku jest 11:30 a my mamy za sobą już 60 km! A do mety jakieś 500. Tak tak, wczoraj pomimo nocnych dyskusji do białego rana udało się nam w miarę pozbierać, spakować i ruszyć o jakiejś w miarę przyzwoitej godzinie. Co więcej, udało się nawet posprzątać trochę w Pieszczochu i teraz jazdę można by nawet nazwać przyjemną!   Pogoda dopisuje, humory również. Za to ja odnoszę niejasne wrażenie, że coś ze mną jest nie tak. Środek Finlandii, prawie granica z Norwegią a ja przed sobą widzę podmiejskiego Autosana na warszawskich blachach. Halucynacje mam czy co? Jedziemy zresztą kawalkadą kilku aut. Życie socjalne na CB kwitnie w najlepsze. Ech ten Złombol to jest impreza fantastyczna. Zupełna odwrotność salmiaków... 

Dziś liderem, i to niekwestionowanym, jest Kurak. Odespał przedwczorajsze libacje i dziarsko trzyma pieszczochowe stery. Wala Wala który nigdy nie śpi, czuwa na całego w pozycji standby. Ledwie zdążyłem przechwycić otwartą puszkę piwa, która wypadła mu była z rąsi. Ola także przycichła, ale prowadzi baczną obserwację otoczenia. Oczator powoooli wraca na naszą orbitę, ale zachowuje przytomność umysłu i via CB chwali się wszystkim dookoła swoim osiągnięciem jakim jest profesjonalna bezprzewodowa sieć na pokładzie naszej fury. Kurak, jak już się rzekło, prowadzi. Jednocześnie jako kapitan wyprawy próbuje być surowy i władczy. Ale nad tym jeszcze trzeba mu będzie popracować.

Po drodze spotkaliśmy renifera. Stał spokojnie przy drodze tak jakby na nas czekał. Zatrzymaliśmy się z piskiem opon (hahaha) i udało mi się podejść i cyknąć mu kilka fotek. No i ruszyliśmy dalej. Również z piskiem opon!   Pędzimy. 17:15, do granicy dosłownie kilka km. Wojtek ewidentnie przejął rolę Kury i śpi w najlepsze. Wstał tylko na chwilę gdy zatrzymaliśmy się na szybki obiad. Wyciągnął przygotowanego przez siebie jeszcze w domu szczupaka (może nie wygląda ale gotować nawet chłop umie) i położył go na stoliku.  Ola skojarzyła rybę i jezioro, nad którym akurat siedzieliśmy i pyta czy może wyciągnąć wędkę. Na co Wojtek: Przecież drugi raz tej ryby nie złowisz. Nota bene gotowaliśmy wodę na kuchence gazowej Kuraka na chińskie zupki. Jednak z uwagi na jakość gazu szło to mizernie. A skończyło się tak, że Łukasz swoją zupkę zjadł na prawie zimno, Kurak na letnio a ja i Ola na ciepło.

Na granicy spotkaliśmy zaprzyjaźnionego z nami Poldka i Fiata. Pożyczyliśmy im szlifierkę kontową (pamiątka rodzinna Kuraka, płakał jak się z nią rozstawał) i ruszyliśmy na Nordkapp.   W Norwegii z tymi reniferami jest jak z piwem na Złombolu. Po piątym stadzie stały się dla mnie powszednie. Niemniej jednak to śliczne zwierzaki i za każdym razem bacznie im się przyglądamy.

Ponieważ dopisywała zarówno pogoda jak i humory, pędziliśmy do mety jakby nas sam diabeł gonił. Nie my jedni. Wszystkim spieszyło się do mety i na poboczach nie było widać praktycznie nikogo. Zatrzymaliśmy się tylko na ostatnie przednordkappowe tankowanie, a wiadomo, że jak tankowanie to i kibelek. Wchodzę, a tam 2 muszle - jedna normalna, a druga tak ze 2 razy mniejsza, pewnie dla dzieci. Po mnie wszedł Kurak, a na końcu poszedł Łukasz. Stoimy przed samochodem i czekamy na niego, gdy nagle odzywa się Kura: Byliście w kiblu i widzieliście te 2 muszle. Możemy się więc założyć, że Łukasz wali do tego małego. Ciekawość zwyciężyła napewno. Chłopaki muszą się jednak świetnie znać... 

Na mecie - czyli campingu oddalonym o 20 km od Nordkappu zjawiliśmy się ok 22:00. Sporo ekip już było, ale udało się chyba zmieścić w środku stawki. Jak na fakt, że Pieszczoch musiał się mierzyć z Polonezami, Fiatami i Ładami to naprawdę niezły wyczyn. Po krótkim rekonesansie ruszyliśmy na sam koniec przylądka a o 12 w nocy (choć nocy toto nie przypominało) porobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia i otworzyliśmy małe conieco. Pogratulowaliśmy sobie wyczynu i wypiliśmy za naszych darczyńców, czyli firmy Barbaras, Bajkowy Kuferek, Draait Auto, oraz Foto - Gala. Bez nich ten wyjazd straciłby swój sens. Dziękujemy Wam bardzo i prosimy o jeszcze. Tak na przyszły rok. A po krótkim zakupowym szale wróciliśmy na camping. Z uwagi na fakt, że miałem jeszcze swoje dodatkowe powody, za które musiałem na przylądku wypić, droga powrotna gdzieś mi kurcze umknęła. Ale któżby takie drobiazgi pamiętał...   Świętowanie trwało do białego rana, czyli gdzieś tak do godziny 7. Był szampan i inne trunki, muzyka wprost z wypasionego systemu audio w Autosanie a ludzie tańczyli i chodzili po okolicznych pagórkach. Jedną z tych osób był nasz przyjaciel Kura, który postanowił się tam wybrać w końcowym stadium swojej mobilności. I wiecie że dotarł na górę? Łukasz tak się zdziwił, że obiecał wszytkim obecnym bezwzględnie podporządkowanie i zero złośliwości pod adresem Kuraka w dniu następnym. Ja, jak zobaczyłem to całe widowisko stwierdziłem, że najwyraźniej mam już na dzisiaj dosyć i poszedłem spać.

środa, 14 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu. Dzień czwarty

Viitasaari - Sodankyla, 13 godzin, 660 km

Dziś na pokładzie nudy. Ja z nudów piję piwo. Oczator nie pozostaje z tyłu i również spożywa. Jedynie Kura, który osiągnął w dniu wczorajszym apogeum integracji nie pije nic i w obawie przed odwodnieniem poimy go z Łukaszem wlewając mu trunek do otwartych ust. Skutek jednak jest opłakany. Zalana jest podłoga w Pieszczochu (wczorajszą Colę posprzątaliśmy przed wyjazdem), podkoszulek Kuraka i spodnie Oczatora. Tylko Ola ma pełne ręce roboty, bo jako jedyna jest w stanie prowadzić. No i Wojtek, który najwyraźniej unika konfrontacji ze mną i sam zgłosił się na zmiennika.

Aaa, i jeszcze jedno, zatrzymaliśmy się przy jednen z przydrożnych kamer, żeby Michał mógł nas zobaczyć. Ponieważ odświeżanie było co 15 minut, Michał nie pomógł żonie z dzieckiem przy wnoszeniu zakupów a my mieliśmy ponad 10 minut, żeby się ładnie ustawić. Skutek - na zdjęciu nie ma nas w ogóle (Pieszczoch załapał się jako jedyny) a Michał ma pewnie bana na internet. Tak czy siak będziemy próbowali dalej.   Kura oczywiście śpi. Próbowaliśmy go z Łukaszem dobudzić, ale nie działa nic. Kura ze stoickim spokojem ogania się od nas jak od natrętnych much i śpi dalej. Chłop musi mieć nerwy jak postronki. Albo tak niesamowicie głęboki sen. Na szczęście Wojtas półtubylec wpadł na dobry pomysł jak by tu Kuraka ocucić. Drogą kupna nabył tutejszy przysmak - cukierki salmiaki, które tylko nieznacznie ustępują w smaku zgniłemu rekinowi - sztandarowemu przysmakowi z Islandii. Te cukierki są tak ohydne, że po włożeniu do ust Kurak obudził się momentalnie. A ja musiałem wypić całe piwo, żeby zabić ich smak. Jedno Wam powiem - salmiaków nie kupujcie. Nawet na próbę.   Wioska św. Mikołaja także nie wygoniła Kury z auta. Podczas gdy my kręciliśmy się wokół wejścia do parku i wychodziliśmy na platformę widokową, on nie podniósł nawet powieki. Szkoda, że wszystko było już pozamykane, bo przecież ten rajd jest organizowany z myślą o dzieciakach, a to miejsce jest najbardziej wymarzonym punktem dla każdego malucha. Udało się tylko zrobić całkiem fajne zdjęcie Pieszczocha przed wejściem do parku. Dobrze, że o 11 w nocy jest tu ciągle całkiem jasno. A po obowiązkowych fotach ruszyliśmy na camping.

Ostatnie 60 km wyraźnie pobudziło ekipę. Pieszczoch przekroczył prędkość 100 km/h, Ola szalała na przednim siedzeniu tańcząc i śmiejąc się w niebogłosy. A na dodatek równocześnie śpiewała piosenki po hiszpańsku i tłumaczyła nam teorię względności przeliczając prędkość Pieszczocha na wartości bezwzględne. A wszystko to po 12 w nocy po 12 godzinach jazdy. Ja pytań nie mam. Qurak zresztą też nie miał bo postanowił pozostać w opozycji do Oli i kontynuował spanie. A może on wyznaje jakiś skrajny odłam stoicyzmu polegający na przesypianiu całego życia?   W takich to okolicznościach przyrody (a pogoda jest naprawdę super - ok 20 stopni i słońce) dotarliśmy na camping a po krótkiej aczkolwiek treściwej integracji z Białymi udaliśmy się na łono... (tfu, miałem napisać Abrahama z rozpędu) Morfeusza.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu - dzień trzeci

Parnu - Viitasaari, 14 godzin, 500 km

Dziś głownym punktem programu był prom. Ponieważ nie chcieliśmy się na niego spóźnić, drogę z campingu do Tallina pokonał Kura - jedyny w towarzystwie, któremu nie trzęsły się ręce. Chyba zyska ksywkę chirurg. Na prom wpuścili nas prawie jako ostatnich, pewnie z uwagi na spore zagrożenie, jakie stanowi Pieszczoch. Jakby co to będzie blisko za burtę.   

Siedzimy właśnie na open decku i kontemplujemy przestępstwo, które popełnił Kura w Tallinie. A było tak: trochę się spieszyliśmy na ten prom a synchronizacja świateł tu w Estonii pozostawia trochę do życzenia. No i te hamulce... Do ideału trochę im brakuje. W związku z powyższym Kurak się zagalopował i przejechał raz na... późnym zielonym.  Jednak jako kuty na 2 kurze stopki recydywista stwierdził, że nic się nie stało i że nikt nic nie widział. Ale był w błędzie. Śledzący nas przez internet Michał - uczestnik zeszłorocznej edycji dzięki zamontowanemu na pokładzie systemowi gps wiedział gdzie jesteśmy. Włączył więc sobie stronę z miejskim monitoringiem i dokładnie widział jak jechaliśmy. 

Co więcej. W kluczowym momencie zrobił print screena i po chwili wszyscy nasi znajomi na facebooku widzieli, jak to Kura dziarsko pomyka przez miasto. Inna sprawa jest taka, że wspomniany wyżej Michał najwyraźniej ma jakąś obsesję na naszym punkcie. Musiał się biedak w zeszłym roku zakochać w Kurze lub Oczatorze. I śledzi nas permanentnie. Podjechaliśmy sobie na stację, obok której był Fastfood (wspominałem już o zdrowym żywieniu?) i sklep. Zatankowaliśmy, zjedliśmy co nieco i dokupiliśmy brakujący prowiant (w półlitrowych aluminiowych puszkach, bo innego jeszcze nie ubyło). I dostaliśmy 3 smsy z pytaniem co tanujemy, czemu znów jemy i ile kupujemy piwa. Okropność. Jak wszedłem do promowej ubikacji to zacząłem się nerwowo rozglądać za kamerkami. Przez tego Michała to czuję się inwigilowany i obnażony. Aaaaa!!

Nudy na tym promie. Chłopaki zaczęli oddawać się sportowi narodowemu. Pierwsze piwa przyniosła Ola - jej jako jedynej trzeźwej ktoś coś sprzeda. Po kolejną partię wybrał się Kurak. Na odchodnym pyta Olę, gdzie znajdzie punkt strategiczny z napojami. Ola zaczyna tłumaczyć gdzie skręcić i na który zejść pokład. Na to odzywa się Oczator: Spokooojnie, Kura zawsze znajduje piwo. Jak świnia trufle. No i znów się czegoś dowiedziałem. Kura chyba musi lubieć browar...

W Helsinkach odebraliśmy Wojtka - brakujące ogniwo naszej drużyny. Ten miły chłopiec przywitał nas zgrzewką piwa i puszką ananasów. Właściwe prezenty jak na taką wyprawę. Kurak tak się ucieszył z widoku Wojtasa, że przesadził z komponowaniem dwuskładnikowych mieszanek płynnych. Efekt był mizerny, pieczołowicie układane panele kleją się niemiłosiernie od Coli a Kurak padł niczym Janek Wiśniewski i znów próbuje (skutecznie) zagłuszyć silnik. Na ostatnie 100 km stery przejął Wojtas i prujemy właśnie do campingu, na którym szykuje się kolejna integracja - tym razem z Wojtkiem. Dobrze, że ja swoją wahtę u steru odbębniłem i jutro mam wolne. Sądząc po reakcjach Oczatora i Kuraka na widok Wojtka oraz entuzjazmu Wojtka na widok nasz, obawiam się bardzo tego wieczoru...

Jeden jedyny Pieszczoch pruje bez zająknięcia i wydaje się być na te wszystkie trudy obojeętny. Powiedzenie "stary ale jary" ma tu stuprocentyowe zastosowanie. I wiecie co?  Łukasz z racji swojej profesji zmontował nam pieszczochowy hotspot. Siedzę więc i sprawdzam pocztę i tak sobie myślę, że nasza fura to chyba jedyny na świecie Źuk z wifi na pokładzie. Abstrakcja na tym wyjeździe goni abstrakcję!   Największa niespodzianka czekała na nas wieczorem. Po dojechaniu na camping okazało się, że przybyła wcześniej grupa musiała trochę narozrabiać w związku z powyższym pole namiotowe zostało zamknięte. Pozostawieni bez miejsca do spania wraz z dwoma (chyba) towarzyszącymi nas furami (Fiat i Poldek) rozbiliśmy się na dziko na zlokalizowanym nieopodal parkingu. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po kilku piwach okazało się, że dołączyło do nas więcej "odtrąconych" załóg i gdzieś koło 1 w nocy samochodów było już kilkanaście! Integracji opisywał nie będę, wspomnę jedynie, że Oczator w bohaterskim stylu pomógł naprawić jednego z żuków, czym zyskał sobie aplauz okolicznych niewiast. Nota bene sam muszę stwierdzić, że dawno nie widziałem tak spójnie myślącego pijanego człowieka. Szkoda tylko, że sukces Oczatora został zauważony przez nielicznych. Ja twierdzę, że ten człowiek zamienia w złoto wszystko, czego się chwyci i szkoda to przegapiać. Poszliśmy spać nad ranem szczęśliwi jak to tylko można sobie wyobrazić. Tylko jedna z załóg, która rozbiła się przypadkiem koło namiotu Kuraka, do wczesnego przedpołudnia walczyła z jego chrapaniem. 

W desperacji w chwili skrajnego wyczerpania spuścili mu nawet powietrze z materaca. Niestety nie pomogło. A rano (koło 12) ruszyliśmy dalej...

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu. Dzień drugi.

Suwałki - Parnu, 13 godzin, 560 km

Ledwie wjechaliśmy na Litwę (jestem tu pierwszy raz więc kraj poznałem po stacjach Orlen) a już na poboczu zo baczyliśmy czekające lawety. Czyżby litwini dowiedzieli się, że przez ich kraj przetoczy się kilkaset ton złomu? Czyżby czekali na łatwy łup? Nie damy im tej satysfakcji. Otwieramy kolejne piwo i jedziemy dziarsko przed siebie.  

Ponieważ dziś prowadzi Ola to w samochodzie nudy. Ola skupiła się na kierowaniu i nie ma kto się wydurniać w trzecim rzędzie. Do tego Kurak przygotowuje się mentalnie do przejęcia sterów w drugiej części dnia odsypiając nocne gdakanie. Jedyne co się dzieje to jak nas ktoś wyprzedza. Ponieważ Olę wbrew obawom widać zza kierownicy, to wszyscy, którzy jadą szybciej machają jej entuzjastycznie i pozdrawiają. Ja nie wiem, ale jak ja kierowałem wczoraj to nikt mi tak nie dodawał otuchy. A mówią, że mamy równouprawnienie...  

No i najważniejsze - z głośników sączą się delikatne dźwięki Sadista - ulubionej kapeli Oczatora. Muzycznie to chyba nie mogłem trafić na lepszą ekipę!  

Są też pierwsze awarie. Jeden z żuków stracił hamulce. Wszyscy są jednak w świetnych nastrojach, bo padły tylko te przednie. A są jeszcze z tyłu, będą akurat na przełęcz Trolli. Z pewnością dadzą radę. W niebieskiej Nysce natomiast pękła tylna felga. Było groźnie ale chłopaki opanowały furę a zapasowe koło mieli ze sobą. Skończyło się więc tradycyjną polską gościnnością. My zaoferowaliśmy im pomoc przy podnoszeniu auta, oni nam piwo i się rozstaliśmy. Był jeszcze jeden plus tego wydarzenia - Kura się obudził. Litwa przeleciała niczym wczorajsze śniadanie. Za to zaraz za granicą z Łotwą zatrzymali nas pogranicznicy i wyraźnie szukali punktu zaczepnego. Na szczęście nasza językowa indolencja nie pozwoliła na dłuższe dyskusje i w końcu pogranicznik wyraźnie niezadowolony z jakości naszych świateł kazał nam jechać dalej. I teraz dochodzimy do punktu najważniejszego - Ola odpuściła pedałom i za sterami zasiadł Kurak. Dodam tylko że Kurak trzeźwy, rześki i wypoczęty. Kurak gotowy na nowe wyzwania.

Chwilę później zobaczyliśmy jadącą w przeciwnym kierunku Złombolową Ładę nr 52. Na lawecie. Mam nadzieję że nic poważnego się nie stało i że spotkamy się z nimi na mecie.   Im robiło się ciemniej tym bardziej fascynował nas ten problem z naszymi światłami. Zatrzymaliśmy się więc na stacji i okazało się, że obie dopiero co wymienione żarówki po prostu się przepaliły. A zapasowa była tylko jedna. Zakupiliśmy więc 2 nowe niezbyt pasujące i za pomocą nakrętek z butelek z wody mineralnej przymocowaliśmy je do kloszów. Jedziemy teraz rażąc przeokrutnie wszystkich wokoło i zastanawiamy się, co będzie dalej.  

Na szczęście na campingu za cenę jednego piwa udało się zdobyć drugą pasującą żarówkę. W związku z powyższym cali szczęśliwi stoimy i zastanawiamy się, co by tu zjeść na kolację. Mamy grilla, węgiel ale niestety nic do zapełnienia rusztu. Ponieważ Kura z powodzeniem załatwił żarówkę, Oczator zaproponował mu również ekspedycję w celu skombinowania jakiejś kiełbasy. Na co Kura odezwał się tymi słowy: ale jesteś mądry (eufemizm), sam spróbuj zabrać pijanemu Polakowi kiełbasę... W związku z powyższym wyciągnęliśmy palnik i ugotowaliśmy sobie chińską zupkę. I tyle było z naszego zaawansowanego gotowania i zdrowego żywienia, o których tyle słyszałem przed wyjazdem od Oli.

 Rano obudziło nas beczenie. Na początku myśleliśmy, że to Kurak zmienił intonację swojego chrapania. Po chwili jednak okazało się, że camping ma swoją maskotkę w postaci owcy, która bezstresowo przechadza się wśród turystów prosząc o coś na śniadanie. Ja zobaczyłem ją na przykład leżącą przy puszce piwa... 

niedziela, 11 sierpnia 2013

Kronika wyjazdu. Dzień pierwszy

Trasa: Katowice - Suwałki, 11 godzin, 600 km

A tak wygląda skrótowy zapis dnia, czyli te momenty, które zapadły mi w pamięć najbardziej.   Kura po czwartym piwie: Zatrzymajmy się, chce mi się sikać. Jak na złość w Pieszczochu obowiązują zasady ogólnie przyjętej demokracji. W związku z powyższym Kura zaczyna szukać sojuszników. Ja jestem dziś zmiennikiem i piwa nie piję więc do toalety mi niespieszno. Łukasz prowadzi i też raczej nie chce stawać. W związku z powyższym Kura zwraca się do Oli: Bober, chcesz sikać? Ola bez zbytniego entuzjazmu (pije dopiero pierwsze): nnooo moogę. Na co uradowany Kura: Super, Ola może już sikać! No to się czegoś dowiedziałem na początek. Ola najwyraźniej czasem nie może sikać...

Kontynuujemy jazdę do Suwałk. Jest wesoło, z kwadrofonicznego zestawu audio leniwie sączy się Sepultura lub coś ostrzejszego. Wszyscy mają dobre nastoje. Tylko nie Kura, który już przed Warszawą odmówił posłuszeństwa i po prostu przestał działać. Innym objawem jego duchowej abstynencji jest to, że przestał prosić o kolejne piwo. A żeby utrzymać atmosferę powagi w stosunku do swojej osoby zaczął wydawać groźne gardłowe pomruki.

Na campingu tradycyjna polska gościnność czyli zupka chińska, piwo i wysokoprocentowa integracja z chłopakami "Do odcinki". Łukasz tak się zagalopował, że na tej integracji spędził czas do 6 rano. No cóż, Ola wspominała, że jak się Oczator do czegoś zabierze to robi to sumiennie, do końca i z pełnym zaangażowaniem. Potwierdził to dzisiaj alkomat wskazując odczyt poza skalą.   Kronika wyjazdu.

piątek, 9 sierpnia 2013

Gdzie jesteśmy?

Na bieżąco można nas śledzić pod linkiem:


są podpięte dwie ekipy, dlatego też w prawym górnym rogu należy wybrać LumpeksSquad, po kliknięciu, pojawi się nasza aktualna pozycja.


Jeszcze raz dziękujemy firmie CMA MONITORING za udostępnienie sprzętu!


18 godzin! Wiele do zrobienia?

Dzisiaj zostały dostarczone najważniejsze rzeczy!

Zrobiliśmy dzisiaj z Kurakiem więcej niż przez ostatni miesiąc! Ha! Presja kolegów. Tfu. Czasu. Wtedy stajemy się wysoce produktywni!

Jedziemy na szumiącym wale. Mamy zapasowy. Nie ma sensu już robić przekładki. Rozleci się, trudno. Mamy zapas. Gorzej jak się rozleci most... Tutaj strzeliliśmy sobie w kolano. Trudno. A niech się coś podzieje...

Całkiem udany dzień, dobrze zagospodarowany czas i zasoby ludzkie. Tak trudne słowa. Ola z Maćkiem wybrali się na zakupy. Dzięki! kawał dobrej roboty! Zakupy dla 5 osób na dwa tygodnie. Logistyka nie była prosta!

Kiedy oni harcowali po sklepach. Kura z Oczatorem wyrabiali 250% normy.  W końcu zabezpieczyliśmy dzisiaj fotele od spodu, pomalowali świeżo spawaną gródź. W końcu Oczator kupił sprzęt grający i go nie spalił podłączając 12V zamiast 230V.

Mamy lokalizator. Działa. Jutro będzie publiczny link na mapie Googli z naszą pozycją! Jeszcze raz dziękujemy firmie CMA MONITORING za wypożyczenie sprzętu! Dzięki Wam, nasi rodzice będą znali nasze zamiary, tfu, pozycję. Już widzimy te smsy -> trzeba było skręcić w lewo! Za szybko! Zwolnij....

Z zamkniętego systemu. Jutro będzie publiczny link.

Cenimy sobie bezpieczeństwo, dlatego też fotele od spodu zabezpieczone poprzecznie profilem. Ponieważ był "surowy" a jedynie przyświecała czołówka, picasso się nie wykazał. Rdzewieć może nie będzie...




Instalacja nagrzewnicy tył!

od strony podłogi - te zamaszyste ruchy Picassa...


Głowica silnika tył.






Za chłodnicą. Trójnik między pompą a nagrzewnicą przód


Kolejne audio - tym razem tył. Czyli mamy 4+2 (4 satelity, 2 woofery). Niezależne przód+tył lub osobno.





Odnowiona, pomalowana gródź!


oczka na stałe. Dzięki nim szybko montujemy dach między dwoma samochodami lub między Pieszczochem a profilami. Po co rozkładać namiot powiedział Kura z Oczatorem, być może sroga Norwegia ich zmusi...





Ta! jasne! Wala, Wala chciał, abyśmy go wzięli na Zakera! Nic z tego! Oto rzeczy z Polski dla niego. Dołącza do nas w Helsinkach.


Testowanie nowej lodówki. Działa! Sprawdzone organoleptyczne!



Czipsy przyszły. Tfu. Zaopatrzenie przyjechało. Ola i Maciek - dzięki za kawał dobrej roboty!





To co Tygryski lubią najbardziej!


A oto trunek na metę. Dojedziemy. Wypijemy!


Teraz niespodzianka wieczoru. Barbara! Kocham Cię. Dzięki uprzejmości firmy Barbaras, staliśmy się posiadaczami:







Mamy kilka kompletów do rozdania!

Na głowę też pasuje ;)


Pierwsze zdjęcie Maćka! W końcu!




 Pozostało tak wiele do zrobienia a czasu tak niewiele! Jutro większość z nas idzie do pracy. Straszne. Jutro podamy link do naszej lokalizacji na mapie - gdzie będzie można nas śledzić.




czwartek, 8 sierpnia 2013

Przybity Oczator, zainstalowana nagrzewnica

Pamiętajcie dzieci, powiedziała pani w szkole - dwie połowy są zawsze równe, a i tak większa połowa z was tego nie zrozumie...

Pamiętajcie! nie zmieniajcie mostów, wałów, itp... na kilka dni przed wyjazdem. Nawet jak jesteście tego pewni!

Może od początku...

...ano nasz nowy wał daje o sobie znać. Dosłownie. Jutro musimy kupić kolejny. Nie jest źle. W końcu do wyjazdu naszego pozostało 1 dzień i 17 godzin!

Dzisiaj udało się Kurakowi zainstalować nagrzewnicę z tyłu oraz sejf. Oczatorowi wieczorem udało się s********ć silnik wycieraczek. Kura powiedział. Usiądź sobie. Już nic nie dotykaj!

Dobrze, że Oczator nie powiedział mu o wszystkim z dnia dzisiejszego...

No cóż jak na poprawki i niuanse przed wyjazdem to:

Przetoczyliśmy bębny na tokarce:



Polska myśl techniczna. Jajo. Bębny wyprodukowane i kupione w 2012 roku. Brak słów.


Instalacja nagrzewnicy z tyłu. Trzeba było zlać płyn z układu.


W końcu zespawana słynna gródź! Już pomalowana dzięki Kurakowi!


Zainstalowana nagrzewnica. Co najśmieszniejsze. Grzeje!




Co pozostało? ano jeden dzień. Do podłączenia:
- Przetwornica
- Lodówka
- Sprzęt audio tył
- gniazda typu "zapalniczka" z tyłu
- nagrzewnica

Dokończenie deski rozdzielczej.

Z dobrych informacji. W dniu dzisiejszym dokonaliśmy instalacji systemu GPS. Od jutra będzie można już nas śledzić! Został zamontowany sejf o którym wspominaliśmy. Czemu nie ma zdjęć? Bitch please!

wtorek, 6 sierpnia 2013

Przygotowania...

Namioty rozkładane w 2 sekundy a składane 30 minut już są!


Krzesło na ryby dla Kuraka jest! Nie wiadomo tylko, czy wytrzyma...


Planowanie, Planowanie