czwartek, 20 września 2012

Veni, vidi, vici

Słowem wyjaśnienia. Dojechałeś do celu. Prowadził cię Pieszczoch. Nałożyliśmy mordercze tempo. Szybka informacja ze stacji benzynowej na Facebook, gdzie się znajdujemy. Ostatnia jazda, to ponad 26 godzin. Dopiero dzisiaj doszliśmy do siebie. Relacja poniżej.

Dzień 1. Piątek 2012-09-14
Ostatnie przygotowania, pakowania samochodu, wyjazd do Katowic. Na miejscu okazuje się, że z jednego z kół (prawy tył) schodzi powietrze - nowe opony, nowe dętki - a jednak coś nie tak. Po rejestracji na starcie, okazuje się, że niedaleko miejsca rejestracji jest wulkanizator - oczywiście przez 1h nie udaje się nam go znaleźć. Nocujemy na kempingu w Katowicach (ul. Trzech stawów). Ostatnie piwo w kraju - 10PLN/0,5l. Oczywiście Oczator nie rozbił namiotu - dzięki czemu zaoszczędziliśmy 10PLN za nocleg :) - tj. jedno piwo było gratis. Jakie było zdziwienie całej ekipy, kiedy rano okazało się, że psiwory były mokre. Całkowicie. Na kempingu było całkiem przyjemnie - gdyby nie bliskie sąsiedztwo autostrady. Służbista ochroniarz, podszedł w pewnym momencie i rzekł - gdybyście mogli nie trzaskać drzwiami, mówiąc to oglądnął się po campingu i zmieszał. Powodem zmieszania był fakt, że na campingu byliśmy tylko my.
Udało nam sie do końca okleić pojazd :)

Dzień 2. Sobota 2012-09-15

Camping nr 1 Węgry

Na starcie jesteśmy już oklejonym samochodem. Planowany start jest o godzinie 11.00. My byliśmy gotowi o godzinie 9. Przez 2 godziny oglądamy inne załogi. 
Z ciekawszych pojazdów odnotowaliśmy: Velorexa, Syrenkę bosto oraz Czerwonego Wartburga w kolorze czerwonym (jeden z nielicznych 2-suwów na starcie). Jak się okazało wieczorem, pokazali Pieszczocha w TVN podczas Faktów.

Przejazd odcinka 500km zajmuje nam cały dzień. 
Już po nocy dojeżdżamy na Węgierski Camping. Wygrywa hedonizm - nocujemy na campingu (część załóg nocuje poza). Jesteśmy troszkę roczarowani brakiem"złombolowej integracji". Integrujemy sie więc sami do godziny 4 nad ranem. Oczator w pewnym momencie uruchamia laptopa i włącza film pt. Chłopaki nie płaczą. Laptopa położył w Żuku (z tyłu), uruchomił czerwone LEDy. Nie minęło 5 minut, a obok naszego Pieszczocha była już całkiem spora widownia, bez słowa Złombolowcy "instalowali się" z krzesłami, skrzynkami i "termosami" w rękach. Oczator obiecał kolejny film na kolejnym Campie. Dzięki temu, plan wstania o godzinie 7 nie udał się. Wyjeżdżamy o godzinie 11. Na recepcji okazało się, że pani recepcjonistka wydała paszport pewnej ekipy, komuś innemu. Niestety nie wiemy jak skończyła się ta historia. Mamy nadzieję, że ekipa, dotarła do celu. Powoli jedziemy z Węgier i kierujemy się do Chorwacji. 

Dzień 3. Niedziela 2012-09-16

Camping nr 2 Chorwacja

Kolejne 500km pęka. Ostatnie kilometry w wykonaniu Oczatora. Bardzo kręte serpentyny i różnice poziomów. Jednak okazało się to przedwiośniem Baroku. Późne rokokoko pojawiło się w Albani, ale o tym, drogi czytelniu za chwil parę. Szukamy miesjca na Campie. Niestety, ciężko coś znaleźć, podjeżdżamy na sam koniec. jest trochę miejsca. Jest impreza. Fajnie, musimy się jakoś tutaj zainstalować. Kilka minut później z Campera wychodzi Niemiec i krzyczy coś w stylu "Zadzownie na polićje, jest już po 22! Cisza! Stwierdziliśmy, że to nie miescja dla nas. Znaleźliśmy inne, lepsze z dostępem do morza. Zgodnie z obietnicą, Oczator uruchamia kolejny film pt. "Czas serferów". Pieszczoch sprawuje się idealnie. Nie ma żadnych problemów, wręcz przeciwnie, prowadzenie sprawia nam niesamiowitą przyjemność. Wyruszmy o 11 w dalszą drogę. Jedziemy wybrzeżem, w połowie drogi okazuje się, że autostradami jest trasa o 100 km krótsza (zamiast 428 km jest 300). Wybieramy krótszą, (szybszą :)). Prędkość przejazdowa na autostradach 65-75km/h. Wysuneliśmy się na prowadzenie (nawigowanie). Jechaliśmy w kolumnie kilku Żukczysławów + kilka innych aut (które się zmieniały wraz z pokonywanym dystanem). 

Dzień 4,5,6. Poniedziałek-Środa 2012-09-17.19

Camping nr 3 Chorwacja Dubrovnik

przyjeżdżamy jak zwykle, późnym wieczorem. Znowu nie rozkładamy namiotów. Oczator kręci i kino i uruchamia film. Tym razem padło na film pt. "Eurotrip". Minęło kilkanaście minut filmu oraz integrowania się w stylu słowiańskim, kiedy pod naszym samochodem pojawił się ochroniarz, krzycząc czy jesteśmy normalni i coś w stylu "cwaj minute! spać!". Odwiedzał nas kilka razy, po czym zagroził, że zadzwoni na policję. Kilka minut później na Camp podjechał pierwszy radiowóz a za nim Skoda Octavia. Z obu pojazdów wyszło w sumie 4 policjantów. Minutę później podjechał kolejny radiowóz i kolejna Skoda Octavia. Wyszło kolejnych 4. Zaczęli się rozglądać, coś tam pod nosem mówili, porozmawiali i odjechali. Z naszej strony reakcji brak. Dowiedzieliśmy się później, że zadzwonił niemiec (celowo z małej :)) mieszkający nieopodal nas w Kamperze. Wojtas przespał noc z głową pod korkiem wlewu paliwa (konsekwencja włączenia trybu nieśmiertelność), umieścił nawet na nim zapalniczkę po tym, jak koło baku palił papierosa - pomysł jak zwykle przedni.  Kolejny Camping miałbyć już w Grecji. Dystans? ponad 700km. Oczator z Michałem siedzą nad mapami i zastanawiają się jak jechać. Podejmują decyzję, że lepiej jednak jechać z 3 campingu od razu na metę (Olimpia). Dlaczego?

Odległość między 3 a 4 campingiem = 750km
odległość między 4 a 5 campingiem (meta) = 400km
odległość między 3 a 5 campingiem (meta) = 970km

po przedstawieniu reszcie ekipy pomysłu podróżowania bezpośrednio na metę, Kura stwierdził, przecież to minimum 20 godzin jazdy...? Jednak po przemyśleniu, obliczeniu czasu dotarcia do campa nr 4, później do mety, stwierdziliśmy, że to jest najbardziej optymalny pomysł. Wyruszamy o godzinie 11.00 z Campingu w Dubrowniku. Jak zwykle wyruszyliśmy jako jedni z ostatnich i jak zwykle nie rozbiliśmy namiotu. Porozmawialiśmy z zaprzyjaźnionymi ekipami, również wyraziły chęć podróżowania bezpośrednio do mety. Mieliśmy do pokonania Chorwację, Bośnię i hercegowinę, Chorwację (znowu) Czarnogórę, Albanię i część Grecji. Cały czas byliśmy w formie nawigatora. Jechała za nami dość duża grupka samochodów. Droga przez Czarnogórę upłynęła wyjątkowo spokojnie. Wszystko się zmieniło po wjeździe do Albani. Tego nie da się opisać słowami. Trzeba zobaczyć zdjęcia, filmiki i spotkać się z uczestnikami podróży. Pieszczoch nie przeżył nigdy takiej wyprawy. My również. Mimo to, sprawoał się całkiem dobrze. Temperament włoskich kierowców jest niczym w porównaniu z zasadami i tym, co dzieje się na albańskich drogach! Ostatnie 130km... całkowicie wyczerpało Oczatora. Niesamowite przepaście, wąskie drogi i bardzo, bardzo dziurawe. Przypomnicie sobie wpis o startowani do Katowic. Zobaczcie jak Pieszczoch był przeciążony. Mimo to, dał radę. Podróż trwała ponad 26 godzin non-stop! Ciekawostką jest to, że albańskie dzieci potrafią ukraść korek wlewu paliwa, podczas jazdy na serpentynach - o tym poniżej. Wiecie jak nazywa się samochósd po Albańsku? Mercedes :)
Niemiła sytuacja, jaka nam się przytrafiła, to o mały włos nie spowodowaliśmy wypadku. Sam wypadek nie byłby naszą winą, a kierowcy w Nivie, jednak poczuwamy się, bo zaczepiliśmy ich. Niva stała na podporządkowanej (stacja benzynowa), miała wyjężdżać my podjechaliśmy, i zapytaliśmy się czy jest LPG, niva wyjechała na środek ulicy, pasażer jak i kierowca odwrócili się w naszym kierunku, w tym momencie samochód (po Albańsku Mercedes) wyjechał z zakrętu. Mieliśmy śmierć przed oczami, zaczęliśmy krzyczeć i w ostatnim momencie Marcedes wyhamował a Niva uciekła z ulicy. Na szczęscie.

Słowo klucz na CB "Złombolowców" - Albania Śmierdzi! faktycznie momentami na dość długich odcinkach śmierdziało gazem! W Czarnogórze (na przejściu granicznym) wzieliśmy ze sobą autostopowiczkę, wszyscy mięli niewiasty na pokładzie, to czemu nie my :) Okazała się niemką. Jak na niemkę, nawet ładna. Całą drogę, dokąd jej nie wysadziliśmy, Kura dzielnie nawijał makaron na uszy ów niemce, szlifując przy okazji niemiecki i anglieski. To by było na tyle, jeśli chodzi o doświadczenia Kury. W Albani zaś, zatrzymaliśmy się przed dwójką Polaków, którzy podróżowali do Grecji. Zabraliśmy ich, z tym, że jeden poszedł do innej ekipy w Żuku, a drugi do nas. Okazał się straszną gadułą, nawet za opłatą nie chciał się przymknąć.

Czwartek 7 Środa 2012-09-20

Wstaliśmy skoro świt o 10 (czasu Greckiego). Posilamy się, integrujemy po słowiańsku... Jutro planujemy kierować się na północny wschód Peloponez. Nad morze, gdzie spędzimy kilka dni. Lechu z Kurą udali się do muzeum, calem "odchamienia".

Usterki:
- lekka regulacja aparatu zapłonowego
- Klamka, którą urwał Lechu, ponieważ miał najwięcej "pary w łapie". Oczywiście za "pozwoleniem" reszty. Powodem urwania, było zablokowanie się zamka
- Udało nam się zgubić korek wlewu paliwa (specjalnie dokupywany przed wyjazdem), prawdopodobnie zgniął na terenie Albani. Udało się go odkupić nakładem 8 Euro w Grecji (na lokalnej stacji, zlokalizowaliśmy go w pudełku kartonowym pomiędzy innymi częściami do nieznanych nam pojazdów.

Mapę trasy, przejazdy i dokładne informacje przekaże nasz naczelny geograf - Lechu! Info wkrótce. Idziemy na basen.

Jak zawsze, foto relacja!






Drobne naprawy na pierwszym Campie


Dziękujemy mamie Michała. Było pyszne!


























Barbaras rozszedł się jak świeże bułeczki


Po czterech dniach, dalej utrzymujemy porządek w samochodzie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz