niedziela, 30 września 2012

No co! Każdy chce mieć swoją wersję wydarzeń!

...powiedział Michał. Poniżej jego relacja z podróży na Olimpię, wraz z trasą dojazdu oraz trasą powrotu.

Start w piątek pod domem Kuraka. Zebraliśmy się już o 18.00, cud prawie niczego nie zapomnieliśmy, prawie oczywiście nie znaczy, że Łukasz zapomniał zielonej karty do Pieszczocha,  żeby Łukasz nie czuł się samotny, ja też postanowiłem czegoś zapomnieć, nie zabrałem śpiwora i karimaty. Całe szczęście start z Katowic, więc pomoc wezwana i jeszcze wieczorem na Kampingu miałem śpiwór. 

Pierwsze kilometry a właściwie 77 km przeleciało szybko  dojechaliśmy na ul. Graniczną do Katowic , rejestracja poszła sprawni, komplet naklejek podpis i jedziemy dalej. Po wyjeździe z rejestracji szukamy wulkanizatora, niby jest informacja gdzie się znajduje , ale pod tym adresem nic nie znaleźliśmy, pokręciliśmy się trochę w koło, do licznika dopisaliśmy kolejne 3 km, pojechaliśmy na nasz pierwszy kemping. Kolejne cztery kilometry, na koncie już 84 km, Już! Jak to brzmi? Przed nami jeszcze 2500 a przejmujemy się zaledwie niecałą setką, żart.

Kamping w Katowicach przy autostradzie, Rano pobudka szybkie śniadanie i na start. Przed 10.00 jesteśmy na miejscu licznik pokazuje już 87 km. Start się przedłużył zamiast o 11.00, wyruszyliśmy po 12, mieliśmy ruszyć kolumną i nie wyszło, po 2 zakrętach  jechaliśmy już sami. Nic to, już na stacji benzynowej za Tychami tworzy się pierwsza kolumna. Pompy prowadzą (dwa wozy strażackie), żółta 205, my , to już cztery żuki, plus Uaz 46. Nie dojeżdżamy dużo dalej, jeszcze przed Pszczyną, pierwsza awaria w jednym z żuków (pompiarze) ma problem z elektryką, trochę ciepło się zrobiło ich kabelkom i zaczęły się kopcić, skutek pompy lecą bez świateł w przyczepie, 205 leci do Kauflanda. Lecimy dalej, ale krótko, tylko do Pszczyny do Kauflanda, ostatnie zakupy, my nie kupujemy nic, mamy komplet. Nie! chociaż nie kupiliśmy chleba. Na parkingu dołączają jeszcze trzy żuki, Szczupaki, Biały i Żółto-Niebieski, kolumna liczy już 6 żuczków i UAZ, i tak przez Żylinę, Prievidz i Nitrę aż do Komarom na Węgrzech pierwszy Camp, na liczniku 493 km. Ekipa dzieli się na dwie części, My i Biały wjeżdżają na Camp, reszta śpi na łące przed nim. 
Właściwie od tego momentu zaczyna się nasza przygoda z Białymi, to z Nimi właściwie przejedziemy Złombol. Na pierwszym campie cisza, tylko niewielkie grupki imprezują po kątach. U nas Kino zrobiło furorę, grupka zbiera się przy nas, oglądamy pierwszy film, miało to być tradycją, ale wyszło jak wyszło. Poranek jest ciężki , wstajemy juz przed 8.00, ale wyjazd dopiero po 10.00 i to stało sie naszą tradycja. Okazuje się że żuk to nie rakieta i jak się wyjeżdża późno to się późno dojeżdża co znowu powoduje, że późno się przyjeżdża i wyjeżdża. Rano ruszyliśmy w sqadzie 2 pompy, my, Biały i UAZ ruszamy do Chorwacji przez Kisber, Zirc, Veszprem, Kesztechly, tu następuje przełomowa sytuacja, decydujemy odłączyć się od naszej grupy, nasi towarzysze i tak nie nocują na campie tylko w starej bazie lotniczej przy granicy z Bośnią i Hercegowiną, a my chcemy dotrzeć  na zaplanowanego Campa. Zabiera się z nami Biały, to tak naprawdę od tej chwili nasz wierny towarzysz wędrówki. Na liczniku 710 kilometrów.

Po drodze zatrzymujemy się przy Skodzie, która straciła NOWĄ pompę paliwową. Dowiadujemy się przy okazji, że zamknięte jest małe przejście graniczne Letenye/Mura, więc wskakujemy na autostradę, przekraczając granicę ( 767 km), prawie do Rijeki dolatujemy autostradą a stąd na camp do Selc. Oczywiście przyjeżdżamy jako jedni z ostatnich, o miejsce na dwa żuczki trudno ale udaje się nam je zmieścić. Na liczniku już 1022 km. Następny dzień nie wiem który to już dlatego dat nie piszę ale wierni czytelnicy dadzą sobie z tym radę.  Jeszcze wieczorem niektórzy z nas (w sensie z naszej załogi tylko ja) zanurzyli się pierwszy raz w Adriatyku, było zimno ale przyjemnie, woda niesamowicie słona. 

Rano (hehe  oczywiście eufemizm bo ruszyliśmy po 10.00, wiecie tradycja) wyruszamy w kierunku Dubrownika. Częściowo jedziemy wybrzeżem, znów jedziemy w kolumnie Pieszczoch prowadzi lecą z nami Biali (Do-Odcinki) ale już na pierwszym tankowaniu w Senji nasza ekipa się rozrasta i jedziemy w składzie, oczywiście Biały, Zielony, Yellow Bachama, Biało-Czarny, Igła i Biały Kieł (jedyny w towarzystwie maluszek), Pieszczoch oczywiście prowadzi. Po drodze zatrzymujemy się na gorący posiłek i oficjalne moczenie dupy w morzu, jest gorąco lepko więc przyjemne ochłodzenie robi wszystkim dobrze. W miedzy czasie zacina się w Pieszczochu zamek do przedziału pasażera, na życzenie Oczatora ukręcam klamkę a mały z Białych wykręca nam zamek, jemy klopsiki i lecimy dalej. Na liczniku jakieś 1157 km.Przed Zadarem wskakujemy na Autostradę, właściwie GPS nas tam wprowadza, grupa się rozsypuje jedni jadą sami autostradą jedni omijają autostradę a my z Odcinkami (Biały) i Żółtymi (Yellow Bahama) tniemy autostradą do końca i przez Bośnię i Hercegowinę do drugiej części Chorwacji, W nocy na stacji w Chorwacji spotykamy "przemiłą koleżankę z Polski, która jak tylko zobaczyła zakochała sie w Naszym Pieszczochu. Na liczniku 1485 km, do Dubrownika na kemp oczywiście docieramy jako jedni z ostatnich rozbijamy się gdzieś w końcu i klasycznie oglądamy film (reszta w relacji Oczatorka już była) 1521 km na liczniku zmęczeni ale szczęśliwi praktycznie bez usterek. 

Rano :)) (hehe jak zawsze po 10.00) Ruszamy w najdłuższy odcinek tego rajdu. Zapadła decyzja że omijamy jeden kemping w Grecji i lecimy od razu na metę. Wyruszamy Z Dubrownika początkowo plan jest żeby jechać przez Trebinje, Niksic, Podgorice, ale oczywiście nasz GPS miał swoje zdanie i poprowadził nas inaczej. Właściwie zaraz po wyjeździe z Dubrownika dowiadujemy się na czym polega Złombol i że to nie są wakacje, na drodze krajowej ograniczenie wprawdzie do 70 km\h ale brakuje asfaltu więc  jedziemy 20. Pomyśleliśmy, że nic nas już nie zaskoczy i, że widzieliśmy już wszystko, ale najgorsze miało dopiero nadejść. W Dubravce przekraczamy granicę z Czarnogórą i zabieramy autostopowiczkę (tak znacie ją z historii Oczatora),na liczniku 1561 km( 40 km dzisiejszego dnia). Pojechaliśmy przez Herceg-Nonovi,i promem na drugą stronę (Kotorskiego Zalewu), tu wklejam link z trasą do tego momentu,


gdyż, ponieważ, bo, Google Maps nie potrafi wyznaczyć dłuższej trasy niż z punktami pośrednimi od A do Y) W tym momencie na liczniku 1587 km i po bardzo krótkim odpoczynku ruszamy dalej na Bar, na chwilę zgubiona droga, GPS uparcie chce prowadzić przez Podgoricę, my wolimy wzdłuż wybrzeża. Autostopowiczkę dowozimy aż do Starego Baru, tam przesadzamy (właściwie Kura jej załatwia) ją do Jaguara (niezła zamiana z Żuka na Jaguara), Pozbawieni miłego balastu. Ruszamy dalej, na stacji benzynowej w Starym Barze naprawiamy (hehe znowu eufemizm, bo tak naprawdę Oczator naprawia elektrykę w Białym)  później Ulcnij i przez przejście graniczne w Murigan (1703 km, 182 km tego dnia) wjeżdżamy do Albanii. Albania od pierwszego momentu zaskakuje. Zapytacie czym? Nietrudno odpowiedzieć, zaskakuje wszystkim. Ładne drogi ale wszędzie bida z nędzą, co samochód to mercedes mały, duży, stary, nowy każdy, naprawdę każdy. Piękne widoki, ludzie mili przynajmniej na pierwszy kontakt, ale jakoś dziwnie czujemy że jesteśmy obserwowani. Przez Shkoder, Tirane, Durres, Vlore, wśród albańskich kierowców, którzy jeżdżą kompletnie inaczej niż my. Ostatnie kilometry w Albanii są trudne, serpentyny brak asfaltu, zerwane drogi woda na drodze dziury przepaści, podjazdy, na szczęście zebrała się duża grupa, w krytycznym momencie jechał ponad 19 samochodów to spowodowało, że przeprawa przez góry Albanii przebiegła całkiem sprawnie.

W Kismata (2040km i 519 km w tym dniu) przekraczamy grecką granicę i tniemy przez Ioanninę, Artę, Patrę aż do Olimpii na koniec do naszej trójki dołącza Dacia 747 km tego dnia a 2249 km złombolu i razem w kolumnie dojeżdżamy na ostatniego Kempa. Po drodze jeszcze numer z mostem szeroko opisany przez Łukasza na 793 km tego dnia a 2314 złombolu. Przejechaliśmy w ciągu 26 h (choć chyba nikt nie potrafi tego powiedzieć na 100%) 966 km, mordercza jazda ale było warto, naprawdę było warto. Na Kamping przyjeżdżamy wyjątkowo w środku stawki, wielu już jest, wiele dojedzie dużo później. Zmęczeni, szczęśliwi docieramy na metę. druga część trasy - link 2 2487 kilometrów pot krew i łzy prawie też, ale warto było. Czasem marzenia się spełniają. Reszta jak odpoczniemy.

W drogę wyruszamy już za dwie noce. Olimpia - Delpinos-Marina  313


Później Marina 313 - Kraków


dla wytrwałych, będzie jeszcze krótki opis, wraz z fotorelacją, czyli zbiór najlepszych fotek... oraz niespodzianka w postaci filmu. Trzeba go jednak najpierw zmontować...

1 komentarz:

  1. Ulica Miechowity pozdrawia ulicę Woronicza:)
    Czyli inaczej mówiąc "Co robi nasz Bobik" pozdrawia "Pieszczocha" :) Zagęszczenie żuków na Prądniku czerwonym jest wprost zdumiewające :) Może jakiś wspólny wyjazd na piknik pod miasto kiedyś ? :))) Gratulujemy ze Wam się udało. Nasz żuk tez dotarł aczkolwiek dwa dni później niż my, gdyż postanowił odpocząć po trudach podróży już w Nowym Targu. Widocznie widok na Tatry mu się spodobał ;) W każdym razie został już sprowadzony i jesteśmy w komplecie. Nie ma takiego drugiego pod blokiem :)kaska.

    OdpowiedzUsuń