poniedziałek, 17 grudnia 2012

Przekazanie darów Złombol 2012

Miło nam poinformować o fakcie przekazania darów dzieciom. Uśmiechy podopiecznych - bezcenne! Mamy nadzieję, że Złombol 2013 przyniesie jeszcze więcej środków!

Zdjęcia z przekazania darów: tutaj


wtorek, 6 listopada 2012

Projekt "przedzłombolowy" 2013

Czy ktoś tutaj jeszcze zagląda?

Może i stycznia nie ma. Czemu o styczniu?

Pierwszy wpis na blogu informował:

<ciach>
Złombol? a czemu nie? W styczniu, razem z Kurą ustaliliśmy, że jedziemy. Do dzisiaj nie wierzyliśmy, że możemy to zrobić. Ponad 5000km samochodem za 1000zł? [...]
</ciach>


...a już Kura i Oczator mają projekt tzw. między złombolowy (2012/2013). 

Poszukujemy Żuka. Ma być smacznie, jak u mamy. Tfu. Nie tak. Ma być: Benzyna. Skrzyniowy. Tanio. Znasz? masz? daj nam znać!

O nowym projekcie już wkrótce. Niech holzgas będzie z Wami!

Dla znajomych - nieuważnie śledziłeś nasze wpisy na blogu? Informujemy krótko - tak! Mamy zdjęcia z wyjazdu.

Aby jednak zachować chronologię, zaproponujemy najpierw przeglądnięcie profesjonalnej sesji zdjęciowej - "w podzięce Darczyńcom"


jeśli Was sesja nie znudziła, proponujemy zdjęcia z samej wyprawy:

Komentarze mile widziane!

p.s. Gdzie jest Pieszczoch? Podkarpacie. Zapadł w sen zimowy. Jest w dobrych rękach, tfu, garażu.

poniedziałek, 15 października 2012

Veni, vidi, vici - Czas na podsumowanie

Na bieżąco informowaliśmy podczas wyjazdu, dużo pisaliśmy podczas przygotowań. Czas na krótkie, treściwe podsumowanie. Minął czas na ułożenie sobie tego w głowie.

Czy wyjazd był udany?

Tak, był. Niesamowita wolność. Niesamowity klimat. Mnóstwo nowych znajomości. Zepsuł się samochód jakiejś mijanej ekipie? Wszyscy Złombolowcy się zatrzymywali, pomagali, pożyczali części. Wszystko bezinteresownie. Tylko dojechać. Samochodu się nie udało naprawić? wsiadajcie z nami, jedziemy. Nie wracacie do domu! Jedziemy dalej! Coś pięknego, raczej niespotykane w codziennym egzystowaniu. Szczególnie w Polsce. Ponad 5 000 km, 11 państw, współczesnym samochodem nie wybrałbyś(aś) się tak normalnie, spontanicznie. My to zrobiliśmy, udało nam się, i to Żukiem! prędkość średnia ~60km/h. Przemierzyliśmy takie kraje jak Bośnia i Hercegowina, Albania, Serbia. Od zawsze myśleliśmy, że to czarna, niebezpieczna dziura, tak nas uczono, tak nas informowano. Stereotypy trzeba zmieniać. Mamy odmienne zdanie na ten temat, po przejechaniu tych państw! Niewątpliwie motorem napędowym był Pieszczoch, aby zrobić w dwa tygodnie tyle kilometrów i pokonać tyle państw. Czy na co dzień, nie będąc globtroterami podjęlibyście taką decyzję i wyruszyli?

Co najbardziej nam się podobało?

tańsze wino niż woda w Chorwacji. Żart. Jak wspomniałem wcześniej, niesamowita wolność. Setki przygód "na każdym kroku". Najbardziej zapamiętałem Grecję. Okolice Salonik. Przez 2 godziny kręciliśmy się i nie mogliśmy znaleźć kempingu. Stwierdziliśmy (a było już bardzo późno), co tam, wjeżdżamy na plażę i tam śpimy. Samochodami wjechaliśmy na plażę, rozbiliśmy się, rozpaliliśmy grilla. Rano, jak to rano, bez namiotu otwieramy oczy a tutaj turyści zażywają słońca, morza... Spotkanie z autochtonami! coś pięknego, kiedy podchodzą pytają, witają ciepło. Celnicy! Uśmiech, brak kontroli (oprócz granicy Serbia - Węgry, gdzie rozkazali nam nawet wykładzinę odkręcić - jednak na nasze życzenie, przez nasze zachowanie).

Czy wybieramy się za rok?

Tak! Jednak nauczeni doświadczeniem, wiele tematów przeprowadzimy zupełnie inaczej. Naszym błędem było wybranie się w tak małym składzie. Powinniśmy jechać w 6-8 osób. Przygotowania Pieszczocha będą również inne. Mamy nadzieję, że destynacja będzie dla nas wyzwaniem i ciekawym kierunkiem. Myślimy, że każdy złapał tzw. "bakcyla" wyjeżdżając po raz pierwszy. 

Czy coś zepsuło się w Pieszczochu?

Nic poważnego. Włącznik od dodatkowego wentylatora przy chłodnicy. Zbyt duży prąd przez niego przepływał i po prostu się usmażył. Klamka. Mechanizm się zaciął i trzeba było wyrwać klamkę, aby otworzyć drzwi. To tyle z usterek. Dość mocno zaniepokoił nas dziwny szumiący dźwięk podczas jazdy, kiedy wracaliśmy. Początkowo obawialiśmy się, że to wał napędowy lub most. Po krótkiej weryfikacji okazało się, że łożyska w tylnych kołach zaczęły szumieć, zrobiły się luzy. Dojechaliśmy jednak bez problemu. Oczywiście bałem się od momentu startu, aż do powrotu, że coś może się poważnego zepsuć. Na szczęście to my byliśmy przez cały wyjazd dawcami części zapasowych, które zabraliśmy ze sobą.

Kilka słów o samej imprezie?

Być może tutaj wypowiadam się w swoim imieniu, ale myślę, że chłopaki podzielają moje zdanie. To coś wspaniałego. Przeżyć taką przygodę i do tego pomagać. Cieszymy się z uzbieranych najwyższych do tej pory środków, które są przeznaczone na domy dziecka (to ponad 300 tyś). Chciałbym przypomnieć, że impreza była charytatywna. Dlatego tym bardziej to coś niesamowitego, zebrać tak wiele wariatów, starych samochodów, dotrzeć i powrócić a do tego pomagać.

Moje subiektywne odczucie odnośnie organizacji, to niedosyt związany z metą. Brak oficjalnej części. Oczywiście chciałbym zaznaczyć, że władze Złombolu z góry określiły swoje stanowisko - nie zapewniamy niczego. Dlatego też nie muszą zgadzać się z moim stanowiskiem. Przyjazd na metę był jak każdy inny, kiedy to pojawialiśmy się na kolejnym kempingu. Zdaję sobie sprawę z tego, że było wiele załóg, rozpiętość między pierwszą a ostatnią ekipą kilkanaście godzin. Jednak można było chociaż na bramie zawiesić z papieru toaletowego napis meta! witamy! Jeśli władze Złombolu nie czuły się na siłach, to chociaż trzy słowa od ojca prowadzącego - czyli Prezesa Fundacji Nasz Śląsk. W końcu mógłby się pojawić. To już szósta edycja imprezy, fundusze zgromadzone na koncie nie małe. jednak jestem optymistą i myślę, że za rok będzie zdecydowanie lepiej! Fundusze zebrane jeszcze większe. Czego Dzieciom z całego serca życzę!

Pieszczoch jest wspaniały, kocham go!

uwielbiam tym samochodem jeździć. Zapewne reszta ekipy również. Po przyjeździe przez tydzień jeździłem nim jeszcze do pracy. Trudno było się rozstać. Faktem jest również to, że reakcja przechodniów, ludzi stojących na przystankach, czy też siedzących w samochodach jest "nieziemska". Praktycznie każdy się uśmiecha i ogląda za nim, za Pieszczochem. Tego nie da się opisać słowami. Trzeba jechać w Pieszczochu.

Na sam koniec podsumowania chciałbym w swoim imieniu i reszty ekipy podziękować wszystkim, którzy nawet w najmniejszym stopniu pomogli, przyczynili się do tego, aby nasz wyjazd w ogóle się odbył a do tego udał! 

Dziękujemy naszym najbliższym (rodzice, żona, kochanka, kochanek) za cierpliwość i wyrozumiałość.

Dziękujemy naszym Darczyńcom - Barbaras, Foto-Gala, Bajkowy Kuferek w imieniu naszym i dzieciaków!

Czas dla tych, którzy jak zwykle dobrnęli do końca moich wypocin, na zdjęcia z wyjazdu. Ponieważ jest ich wiele, udostępnione zostały na picasie. Komentarze pod zdjęciami, mile widziane!

link do zdjęć - klik - Czytelniku, warto, oglądnij!

Blog nie zostanie zamknięty. Mamy kilka pomysłów związanych z Pieszczochem (oprócz Złombolu 2013). Będziemy starali się na bieżąco informować. Być może blog zmieni nazwę. Kura i Oczator mają jeszcze kilka zwariowanych pomysłów. Niech holzgas będzie z Wami!

Oczator

niedziela, 30 września 2012

No co! Każdy chce mieć swoją wersję wydarzeń!

...powiedział Michał. Poniżej jego relacja z podróży na Olimpię, wraz z trasą dojazdu oraz trasą powrotu.

Start w piątek pod domem Kuraka. Zebraliśmy się już o 18.00, cud prawie niczego nie zapomnieliśmy, prawie oczywiście nie znaczy, że Łukasz zapomniał zielonej karty do Pieszczocha,  żeby Łukasz nie czuł się samotny, ja też postanowiłem czegoś zapomnieć, nie zabrałem śpiwora i karimaty. Całe szczęście start z Katowic, więc pomoc wezwana i jeszcze wieczorem na Kampingu miałem śpiwór. 

Pierwsze kilometry a właściwie 77 km przeleciało szybko  dojechaliśmy na ul. Graniczną do Katowic , rejestracja poszła sprawni, komplet naklejek podpis i jedziemy dalej. Po wyjeździe z rejestracji szukamy wulkanizatora, niby jest informacja gdzie się znajduje , ale pod tym adresem nic nie znaleźliśmy, pokręciliśmy się trochę w koło, do licznika dopisaliśmy kolejne 3 km, pojechaliśmy na nasz pierwszy kemping. Kolejne cztery kilometry, na koncie już 84 km, Już! Jak to brzmi? Przed nami jeszcze 2500 a przejmujemy się zaledwie niecałą setką, żart.

Kamping w Katowicach przy autostradzie, Rano pobudka szybkie śniadanie i na start. Przed 10.00 jesteśmy na miejscu licznik pokazuje już 87 km. Start się przedłużył zamiast o 11.00, wyruszyliśmy po 12, mieliśmy ruszyć kolumną i nie wyszło, po 2 zakrętach  jechaliśmy już sami. Nic to, już na stacji benzynowej za Tychami tworzy się pierwsza kolumna. Pompy prowadzą (dwa wozy strażackie), żółta 205, my , to już cztery żuki, plus Uaz 46. Nie dojeżdżamy dużo dalej, jeszcze przed Pszczyną, pierwsza awaria w jednym z żuków (pompiarze) ma problem z elektryką, trochę ciepło się zrobiło ich kabelkom i zaczęły się kopcić, skutek pompy lecą bez świateł w przyczepie, 205 leci do Kauflanda. Lecimy dalej, ale krótko, tylko do Pszczyny do Kauflanda, ostatnie zakupy, my nie kupujemy nic, mamy komplet. Nie! chociaż nie kupiliśmy chleba. Na parkingu dołączają jeszcze trzy żuki, Szczupaki, Biały i Żółto-Niebieski, kolumna liczy już 6 żuczków i UAZ, i tak przez Żylinę, Prievidz i Nitrę aż do Komarom na Węgrzech pierwszy Camp, na liczniku 493 km. Ekipa dzieli się na dwie części, My i Biały wjeżdżają na Camp, reszta śpi na łące przed nim. 
Właściwie od tego momentu zaczyna się nasza przygoda z Białymi, to z Nimi właściwie przejedziemy Złombol. Na pierwszym campie cisza, tylko niewielkie grupki imprezują po kątach. U nas Kino zrobiło furorę, grupka zbiera się przy nas, oglądamy pierwszy film, miało to być tradycją, ale wyszło jak wyszło. Poranek jest ciężki , wstajemy juz przed 8.00, ale wyjazd dopiero po 10.00 i to stało sie naszą tradycja. Okazuje się że żuk to nie rakieta i jak się wyjeżdża późno to się późno dojeżdża co znowu powoduje, że późno się przyjeżdża i wyjeżdża. Rano ruszyliśmy w sqadzie 2 pompy, my, Biały i UAZ ruszamy do Chorwacji przez Kisber, Zirc, Veszprem, Kesztechly, tu następuje przełomowa sytuacja, decydujemy odłączyć się od naszej grupy, nasi towarzysze i tak nie nocują na campie tylko w starej bazie lotniczej przy granicy z Bośnią i Hercegowiną, a my chcemy dotrzeć  na zaplanowanego Campa. Zabiera się z nami Biały, to tak naprawdę od tej chwili nasz wierny towarzysz wędrówki. Na liczniku 710 kilometrów.

Po drodze zatrzymujemy się przy Skodzie, która straciła NOWĄ pompę paliwową. Dowiadujemy się przy okazji, że zamknięte jest małe przejście graniczne Letenye/Mura, więc wskakujemy na autostradę, przekraczając granicę ( 767 km), prawie do Rijeki dolatujemy autostradą a stąd na camp do Selc. Oczywiście przyjeżdżamy jako jedni z ostatnich, o miejsce na dwa żuczki trudno ale udaje się nam je zmieścić. Na liczniku już 1022 km. Następny dzień nie wiem który to już dlatego dat nie piszę ale wierni czytelnicy dadzą sobie z tym radę.  Jeszcze wieczorem niektórzy z nas (w sensie z naszej załogi tylko ja) zanurzyli się pierwszy raz w Adriatyku, było zimno ale przyjemnie, woda niesamowicie słona. 

Rano (hehe  oczywiście eufemizm bo ruszyliśmy po 10.00, wiecie tradycja) wyruszamy w kierunku Dubrownika. Częściowo jedziemy wybrzeżem, znów jedziemy w kolumnie Pieszczoch prowadzi lecą z nami Biali (Do-Odcinki) ale już na pierwszym tankowaniu w Senji nasza ekipa się rozrasta i jedziemy w składzie, oczywiście Biały, Zielony, Yellow Bachama, Biało-Czarny, Igła i Biały Kieł (jedyny w towarzystwie maluszek), Pieszczoch oczywiście prowadzi. Po drodze zatrzymujemy się na gorący posiłek i oficjalne moczenie dupy w morzu, jest gorąco lepko więc przyjemne ochłodzenie robi wszystkim dobrze. W miedzy czasie zacina się w Pieszczochu zamek do przedziału pasażera, na życzenie Oczatora ukręcam klamkę a mały z Białych wykręca nam zamek, jemy klopsiki i lecimy dalej. Na liczniku jakieś 1157 km.Przed Zadarem wskakujemy na Autostradę, właściwie GPS nas tam wprowadza, grupa się rozsypuje jedni jadą sami autostradą jedni omijają autostradę a my z Odcinkami (Biały) i Żółtymi (Yellow Bahama) tniemy autostradą do końca i przez Bośnię i Hercegowinę do drugiej części Chorwacji, W nocy na stacji w Chorwacji spotykamy "przemiłą koleżankę z Polski, która jak tylko zobaczyła zakochała sie w Naszym Pieszczochu. Na liczniku 1485 km, do Dubrownika na kemp oczywiście docieramy jako jedni z ostatnich rozbijamy się gdzieś w końcu i klasycznie oglądamy film (reszta w relacji Oczatorka już była) 1521 km na liczniku zmęczeni ale szczęśliwi praktycznie bez usterek. 

Rano :)) (hehe jak zawsze po 10.00) Ruszamy w najdłuższy odcinek tego rajdu. Zapadła decyzja że omijamy jeden kemping w Grecji i lecimy od razu na metę. Wyruszamy Z Dubrownika początkowo plan jest żeby jechać przez Trebinje, Niksic, Podgorice, ale oczywiście nasz GPS miał swoje zdanie i poprowadził nas inaczej. Właściwie zaraz po wyjeździe z Dubrownika dowiadujemy się na czym polega Złombol i że to nie są wakacje, na drodze krajowej ograniczenie wprawdzie do 70 km\h ale brakuje asfaltu więc  jedziemy 20. Pomyśleliśmy, że nic nas już nie zaskoczy i, że widzieliśmy już wszystko, ale najgorsze miało dopiero nadejść. W Dubravce przekraczamy granicę z Czarnogórą i zabieramy autostopowiczkę (tak znacie ją z historii Oczatora),na liczniku 1561 km( 40 km dzisiejszego dnia). Pojechaliśmy przez Herceg-Nonovi,i promem na drugą stronę (Kotorskiego Zalewu), tu wklejam link z trasą do tego momentu,


gdyż, ponieważ, bo, Google Maps nie potrafi wyznaczyć dłuższej trasy niż z punktami pośrednimi od A do Y) W tym momencie na liczniku 1587 km i po bardzo krótkim odpoczynku ruszamy dalej na Bar, na chwilę zgubiona droga, GPS uparcie chce prowadzić przez Podgoricę, my wolimy wzdłuż wybrzeża. Autostopowiczkę dowozimy aż do Starego Baru, tam przesadzamy (właściwie Kura jej załatwia) ją do Jaguara (niezła zamiana z Żuka na Jaguara), Pozbawieni miłego balastu. Ruszamy dalej, na stacji benzynowej w Starym Barze naprawiamy (hehe znowu eufemizm, bo tak naprawdę Oczator naprawia elektrykę w Białym)  później Ulcnij i przez przejście graniczne w Murigan (1703 km, 182 km tego dnia) wjeżdżamy do Albanii. Albania od pierwszego momentu zaskakuje. Zapytacie czym? Nietrudno odpowiedzieć, zaskakuje wszystkim. Ładne drogi ale wszędzie bida z nędzą, co samochód to mercedes mały, duży, stary, nowy każdy, naprawdę każdy. Piękne widoki, ludzie mili przynajmniej na pierwszy kontakt, ale jakoś dziwnie czujemy że jesteśmy obserwowani. Przez Shkoder, Tirane, Durres, Vlore, wśród albańskich kierowców, którzy jeżdżą kompletnie inaczej niż my. Ostatnie kilometry w Albanii są trudne, serpentyny brak asfaltu, zerwane drogi woda na drodze dziury przepaści, podjazdy, na szczęście zebrała się duża grupa, w krytycznym momencie jechał ponad 19 samochodów to spowodowało, że przeprawa przez góry Albanii przebiegła całkiem sprawnie.

W Kismata (2040km i 519 km w tym dniu) przekraczamy grecką granicę i tniemy przez Ioanninę, Artę, Patrę aż do Olimpii na koniec do naszej trójki dołącza Dacia 747 km tego dnia a 2249 km złombolu i razem w kolumnie dojeżdżamy na ostatniego Kempa. Po drodze jeszcze numer z mostem szeroko opisany przez Łukasza na 793 km tego dnia a 2314 złombolu. Przejechaliśmy w ciągu 26 h (choć chyba nikt nie potrafi tego powiedzieć na 100%) 966 km, mordercza jazda ale było warto, naprawdę było warto. Na Kamping przyjeżdżamy wyjątkowo w środku stawki, wielu już jest, wiele dojedzie dużo później. Zmęczeni, szczęśliwi docieramy na metę. druga część trasy - link 2 2487 kilometrów pot krew i łzy prawie też, ale warto było. Czasem marzenia się spełniają. Reszta jak odpoczniemy.

W drogę wyruszamy już za dwie noce. Olimpia - Delpinos-Marina  313


Później Marina 313 - Kraków


dla wytrwałych, będzie jeszcze krótki opis, wraz z fotorelacją, czyli zbiór najlepszych fotek... oraz niespodzianka w postaci filmu. Trzeba go jednak najpierw zmontować...

czwartek, 27 września 2012

Stereotypy są do dupy

Rano jak to rano, testosteron członkom LumpeksSquadu czy też Reksio Team, zaczął wypływać uszami. Po burzliwej konwersacji, obraliśmy marszrutę via Macedonia, Serbia, Węgry, Słowacja i Polska. Macedonia jest przepięknym krajem. Przejeżdżając, napotkaliśmy autochtonów, którzy sprzedali nam lokalne produkty takie jak owoce i owoce przetworzone (nie mówimy o kandyzowaniu, pasteryzowaniu tudzież używaniu glutaminianu sodu). Zakupy w wolnocłowej strefie przekraczając granicę Macedonii przekroczyły limity obowiązujące na terenenie Serbija. Serb na granicy nawet się nie wzruszył, patrząc na Pieszczocha. Po przekroczeniu granicy, nasz GPS powiedział krótko "NIE". Nasze mapy (elektroniczne) nie mają gejolokaliacji. Wybieramy "telefon  do przyjaciela", podaje nam koordynaty. Wpisujemy.  Serbia, Vranje, enigma do GPS. Elektronika mówi NIE! Zatem używamy swoich umiejętności. Po 1,5 godziny dalej się nie poddajemy. Spotykamy na stacji piękną dziewczynę, która postanawia nas doprowadzić do celu. Mimo obaw, że będzie to film pt. "Hostel", jedziemy za nią. Doprowadza nas lepiej do celu niż gwiazdy i GPS. Jesteśmy na Campie. Jest cudowanie. Właściciele towarzyszą nam przez cały wieczór. Jest bosko.

kolejna relacja (bardziej rozwinięta) wkrótce.

wtorek, 25 września 2012

Jesteśmy. Żyjemy, kilka informacji.

Z góry przepraszamy za brak aktywności na naszym blogu. Ciężko pogodzić to z naszą wyprawą, stąd zazwyczaj krótkie informacje dot. tego, gdzie się znajdujemy na Facebook. Zmieniły nam się trochę plany, wracamy Macedonią, Serbią, nie jak przewidywał pierwotny plan Bułgaria i Rumunia. Jedziemy z "Białym Kłem". Tęsknimy za resztą ekip, które nam towarzyszyły w drodze na Olimpię. Pozdrawiamy. 

Pieszczoch ma się całkiem dobrze, chociaż ma najprawdopodobniej problemy z mostem. Dowiemy się jutro, gdyż, ponieważ, na miejsce, dotarliśmy jak było już ciemno.

Znajdujemy się tutaj:
http://tnij.org/zlombol456

śpimy na dziko. Jak się okazało, jest po sezonie i wszystkie campingi są zamknięte. Mam nadzieję, że nas stąd nie wyrzucą. Internet też udało się złapać na dziko.

Dziewczyna Kuraka smaży się na plaży, a Kura dalej marzy, że coś się wydarzy. Kurczak po grecku ;-)



Szklanka pt. przechodnia. Jedna na wszystkich. Wojtas cały czas wstrzymuje a Michał pić nie chce!  Co  najwyżej, polewa.


Nasz Camping. 


Poniżej kilka fotek.

Camp na Koryncie. Cór nie udało nam się znaleźć.






Wizyta w Atenach. Dzięki uprzejmości Zakera (DZIĘKI!) nocowaliśmy na Katamaranie! Jeszcze raz - DZIĘKI!

Marina









widok na sufit w katamaranie.


Całą relację, wraz z przebiegiem trasy zamieścimy w najbliższym czasie. W tym momencie nasz nadworny Geograf (Lechu) kończy opis trasy. Oczywiście po wyjeździe galeria zdjęć dla wytrwałych. Krótka informacja - Kraków - Olimpia 2515km! Zabiła nas Albania, ale o tym wkrótce... Apetyt musi rosnąć!

czwartek, 20 września 2012

Veni, vidi, vici

Słowem wyjaśnienia. Dojechałeś do celu. Prowadził cię Pieszczoch. Nałożyliśmy mordercze tempo. Szybka informacja ze stacji benzynowej na Facebook, gdzie się znajdujemy. Ostatnia jazda, to ponad 26 godzin. Dopiero dzisiaj doszliśmy do siebie. Relacja poniżej.

Dzień 1. Piątek 2012-09-14
Ostatnie przygotowania, pakowania samochodu, wyjazd do Katowic. Na miejscu okazuje się, że z jednego z kół (prawy tył) schodzi powietrze - nowe opony, nowe dętki - a jednak coś nie tak. Po rejestracji na starcie, okazuje się, że niedaleko miejsca rejestracji jest wulkanizator - oczywiście przez 1h nie udaje się nam go znaleźć. Nocujemy na kempingu w Katowicach (ul. Trzech stawów). Ostatnie piwo w kraju - 10PLN/0,5l. Oczywiście Oczator nie rozbił namiotu - dzięki czemu zaoszczędziliśmy 10PLN za nocleg :) - tj. jedno piwo było gratis. Jakie było zdziwienie całej ekipy, kiedy rano okazało się, że psiwory były mokre. Całkowicie. Na kempingu było całkiem przyjemnie - gdyby nie bliskie sąsiedztwo autostrady. Służbista ochroniarz, podszedł w pewnym momencie i rzekł - gdybyście mogli nie trzaskać drzwiami, mówiąc to oglądnął się po campingu i zmieszał. Powodem zmieszania był fakt, że na campingu byliśmy tylko my.
Udało nam sie do końca okleić pojazd :)

Dzień 2. Sobota 2012-09-15

Camping nr 1 Węgry

Na starcie jesteśmy już oklejonym samochodem. Planowany start jest o godzinie 11.00. My byliśmy gotowi o godzinie 9. Przez 2 godziny oglądamy inne załogi. 
Z ciekawszych pojazdów odnotowaliśmy: Velorexa, Syrenkę bosto oraz Czerwonego Wartburga w kolorze czerwonym (jeden z nielicznych 2-suwów na starcie). Jak się okazało wieczorem, pokazali Pieszczocha w TVN podczas Faktów.

Przejazd odcinka 500km zajmuje nam cały dzień. 
Już po nocy dojeżdżamy na Węgierski Camping. Wygrywa hedonizm - nocujemy na campingu (część załóg nocuje poza). Jesteśmy troszkę roczarowani brakiem"złombolowej integracji". Integrujemy sie więc sami do godziny 4 nad ranem. Oczator w pewnym momencie uruchamia laptopa i włącza film pt. Chłopaki nie płaczą. Laptopa położył w Żuku (z tyłu), uruchomił czerwone LEDy. Nie minęło 5 minut, a obok naszego Pieszczocha była już całkiem spora widownia, bez słowa Złombolowcy "instalowali się" z krzesłami, skrzynkami i "termosami" w rękach. Oczator obiecał kolejny film na kolejnym Campie. Dzięki temu, plan wstania o godzinie 7 nie udał się. Wyjeżdżamy o godzinie 11. Na recepcji okazało się, że pani recepcjonistka wydała paszport pewnej ekipy, komuś innemu. Niestety nie wiemy jak skończyła się ta historia. Mamy nadzieję, że ekipa, dotarła do celu. Powoli jedziemy z Węgier i kierujemy się do Chorwacji. 

Dzień 3. Niedziela 2012-09-16

Camping nr 2 Chorwacja

Kolejne 500km pęka. Ostatnie kilometry w wykonaniu Oczatora. Bardzo kręte serpentyny i różnice poziomów. Jednak okazało się to przedwiośniem Baroku. Późne rokokoko pojawiło się w Albani, ale o tym, drogi czytelniu za chwil parę. Szukamy miesjca na Campie. Niestety, ciężko coś znaleźć, podjeżdżamy na sam koniec. jest trochę miejsca. Jest impreza. Fajnie, musimy się jakoś tutaj zainstalować. Kilka minut później z Campera wychodzi Niemiec i krzyczy coś w stylu "Zadzownie na polićje, jest już po 22! Cisza! Stwierdziliśmy, że to nie miescja dla nas. Znaleźliśmy inne, lepsze z dostępem do morza. Zgodnie z obietnicą, Oczator uruchamia kolejny film pt. "Czas serferów". Pieszczoch sprawuje się idealnie. Nie ma żadnych problemów, wręcz przeciwnie, prowadzenie sprawia nam niesamiowitą przyjemność. Wyruszmy o 11 w dalszą drogę. Jedziemy wybrzeżem, w połowie drogi okazuje się, że autostradami jest trasa o 100 km krótsza (zamiast 428 km jest 300). Wybieramy krótszą, (szybszą :)). Prędkość przejazdowa na autostradach 65-75km/h. Wysuneliśmy się na prowadzenie (nawigowanie). Jechaliśmy w kolumnie kilku Żukczysławów + kilka innych aut (które się zmieniały wraz z pokonywanym dystanem). 

Dzień 4,5,6. Poniedziałek-Środa 2012-09-17.19

Camping nr 3 Chorwacja Dubrovnik

przyjeżdżamy jak zwykle, późnym wieczorem. Znowu nie rozkładamy namiotów. Oczator kręci i kino i uruchamia film. Tym razem padło na film pt. "Eurotrip". Minęło kilkanaście minut filmu oraz integrowania się w stylu słowiańskim, kiedy pod naszym samochodem pojawił się ochroniarz, krzycząc czy jesteśmy normalni i coś w stylu "cwaj minute! spać!". Odwiedzał nas kilka razy, po czym zagroził, że zadzwoni na policję. Kilka minut później na Camp podjechał pierwszy radiowóz a za nim Skoda Octavia. Z obu pojazdów wyszło w sumie 4 policjantów. Minutę później podjechał kolejny radiowóz i kolejna Skoda Octavia. Wyszło kolejnych 4. Zaczęli się rozglądać, coś tam pod nosem mówili, porozmawiali i odjechali. Z naszej strony reakcji brak. Dowiedzieliśmy się później, że zadzwonił niemiec (celowo z małej :)) mieszkający nieopodal nas w Kamperze. Wojtas przespał noc z głową pod korkiem wlewu paliwa (konsekwencja włączenia trybu nieśmiertelność), umieścił nawet na nim zapalniczkę po tym, jak koło baku palił papierosa - pomysł jak zwykle przedni.  Kolejny Camping miałbyć już w Grecji. Dystans? ponad 700km. Oczator z Michałem siedzą nad mapami i zastanawiają się jak jechać. Podejmują decyzję, że lepiej jednak jechać z 3 campingu od razu na metę (Olimpia). Dlaczego?

Odległość między 3 a 4 campingiem = 750km
odległość między 4 a 5 campingiem (meta) = 400km
odległość między 3 a 5 campingiem (meta) = 970km

po przedstawieniu reszcie ekipy pomysłu podróżowania bezpośrednio na metę, Kura stwierdził, przecież to minimum 20 godzin jazdy...? Jednak po przemyśleniu, obliczeniu czasu dotarcia do campa nr 4, później do mety, stwierdziliśmy, że to jest najbardziej optymalny pomysł. Wyruszamy o godzinie 11.00 z Campingu w Dubrowniku. Jak zwykle wyruszyliśmy jako jedni z ostatnich i jak zwykle nie rozbiliśmy namiotu. Porozmawialiśmy z zaprzyjaźnionymi ekipami, również wyraziły chęć podróżowania bezpośrednio do mety. Mieliśmy do pokonania Chorwację, Bośnię i hercegowinę, Chorwację (znowu) Czarnogórę, Albanię i część Grecji. Cały czas byliśmy w formie nawigatora. Jechała za nami dość duża grupka samochodów. Droga przez Czarnogórę upłynęła wyjątkowo spokojnie. Wszystko się zmieniło po wjeździe do Albani. Tego nie da się opisać słowami. Trzeba zobaczyć zdjęcia, filmiki i spotkać się z uczestnikami podróży. Pieszczoch nie przeżył nigdy takiej wyprawy. My również. Mimo to, sprawoał się całkiem dobrze. Temperament włoskich kierowców jest niczym w porównaniu z zasadami i tym, co dzieje się na albańskich drogach! Ostatnie 130km... całkowicie wyczerpało Oczatora. Niesamowite przepaście, wąskie drogi i bardzo, bardzo dziurawe. Przypomnicie sobie wpis o startowani do Katowic. Zobaczcie jak Pieszczoch był przeciążony. Mimo to, dał radę. Podróż trwała ponad 26 godzin non-stop! Ciekawostką jest to, że albańskie dzieci potrafią ukraść korek wlewu paliwa, podczas jazdy na serpentynach - o tym poniżej. Wiecie jak nazywa się samochósd po Albańsku? Mercedes :)
Niemiła sytuacja, jaka nam się przytrafiła, to o mały włos nie spowodowaliśmy wypadku. Sam wypadek nie byłby naszą winą, a kierowcy w Nivie, jednak poczuwamy się, bo zaczepiliśmy ich. Niva stała na podporządkowanej (stacja benzynowa), miała wyjężdżać my podjechaliśmy, i zapytaliśmy się czy jest LPG, niva wyjechała na środek ulicy, pasażer jak i kierowca odwrócili się w naszym kierunku, w tym momencie samochód (po Albańsku Mercedes) wyjechał z zakrętu. Mieliśmy śmierć przed oczami, zaczęliśmy krzyczeć i w ostatnim momencie Marcedes wyhamował a Niva uciekła z ulicy. Na szczęscie.

Słowo klucz na CB "Złombolowców" - Albania Śmierdzi! faktycznie momentami na dość długich odcinkach śmierdziało gazem! W Czarnogórze (na przejściu granicznym) wzieliśmy ze sobą autostopowiczkę, wszyscy mięli niewiasty na pokładzie, to czemu nie my :) Okazała się niemką. Jak na niemkę, nawet ładna. Całą drogę, dokąd jej nie wysadziliśmy, Kura dzielnie nawijał makaron na uszy ów niemce, szlifując przy okazji niemiecki i anglieski. To by było na tyle, jeśli chodzi o doświadczenia Kury. W Albani zaś, zatrzymaliśmy się przed dwójką Polaków, którzy podróżowali do Grecji. Zabraliśmy ich, z tym, że jeden poszedł do innej ekipy w Żuku, a drugi do nas. Okazał się straszną gadułą, nawet za opłatą nie chciał się przymknąć.

Czwartek 7 Środa 2012-09-20

Wstaliśmy skoro świt o 10 (czasu Greckiego). Posilamy się, integrujemy po słowiańsku... Jutro planujemy kierować się na północny wschód Peloponez. Nad morze, gdzie spędzimy kilka dni. Lechu z Kurą udali się do muzeum, calem "odchamienia".

Usterki:
- lekka regulacja aparatu zapłonowego
- Klamka, którą urwał Lechu, ponieważ miał najwięcej "pary w łapie". Oczywiście za "pozwoleniem" reszty. Powodem urwania, było zablokowanie się zamka
- Udało nam się zgubić korek wlewu paliwa (specjalnie dokupywany przed wyjazdem), prawdopodobnie zgniął na terenie Albani. Udało się go odkupić nakładem 8 Euro w Grecji (na lokalnej stacji, zlokalizowaliśmy go w pudełku kartonowym pomiędzy innymi częściami do nieznanych nam pojazdów.

Mapę trasy, przejazdy i dokładne informacje przekaże nasz naczelny geograf - Lechu! Info wkrótce. Idziemy na basen.

Jak zawsze, foto relacja!






Drobne naprawy na pierwszym Campie


Dziękujemy mamie Michała. Było pyszne!


























Barbaras rozszedł się jak świeże bułeczki


Po czterech dniach, dalej utrzymujemy porządek w samochodzie.



piątek, 14 września 2012

Udało się, zdążyliśmy się spakować i planowo wyruszyć! Po załadowaniu wszystkiego, okazało się, że nasz Pieszczoch z wrażenia sobie usiadł. Resory się wyprostowały i oparły o odboje...


Kapitan Kura dopełnia ostatnich formalności. Podpisuje dokumenty, dzięki którym, będą mogli pobrać od niego narządy. Płciowe ma za małe do przeszczepu. Tak mawiają inne kury.


Dostaliśmy numer startowy, pojechaliśmy na Camping w Katowicach. Okleiliśmy samochód. Nasz numer startowy to 51.


Nie jest już bezimienny. Wszystkim się podoba. Podrywała nas nawet brzydka pani na A4 (na bramce).


 po wszystkich formalnościach oddaliśmy się czynności, którą będziemy powtarzać przez najbliższe dwa tygodnie.

Mamy problem z ciągnięciem. Powiedziałem, że ciągniemy, aby wybrać, kto jutro pierwszy prowadzi. Michał odparł, że woli prowadzić, niż ciągnąć...